Dawno dawno temu, żyła sobie księżniczka o imieniu Ann. Była to kobieta o dwóch kontrastowych twarzach. Z jednej strony kochała koty, piękne zachody słońca, kwiaty i wszystko co było różowe. Z drugiej zaś w jej oczach panował mrok który zakochał ją w ciemnych ubraniach, kryształowych nocach, ciężkiej muzyce a jej ulubionym stanem stał się smutek. Miała jedną wadę: była uzależniona od leków psychotropowych w związku z czym dzień nie mógł się zacząć, jeśli zeszłego wieczoru nie wzięła swoich leków.
Pewnego dnia, kiedy obudziła się ze swojego snu zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo się dla siebie nie liczy, jak bardzo nie ma sensu kiedy jest bez swoich magicznych tabletek. Pogłaskała po główce swojego księżycowego kotka, który zdawał się rozumieć wszystko co ona czuje. Obok niej spał jej narzeczony. Spojrzała na niego i zatopiła swoją rękę w jego włosach. "Gdyby mnie nie poznał, byłby z inną kobietą i nawet nie pomyślałby o mnie."- pomyślała. "To wszystko byłoby dla niego o wiele prostsze, gdyby nie było mnie w jego życiu" -czarne myśli układały się w okrągłą koronę na jej głowie. Nagle znikąd pojawiło się multum małych duszków. "Jesteś warta mniej niż nic", "nic nie znaczysz", "jesteś tak łatwa do zastąpienia" - szeptały. Zacisnęła powieki mocniej, jakby to mogło je uciszyć, ale one nie znikały. One nigdy nie znikały, tylko mówiły ciszej, kiedy brała swoje tabletki.
Przez chwilę miała ochotę zsunąć się z łóżka i zniknąć gdzieś między podłogą a rzeczywistością. To uczucie zawsze pojawiało się w takich momentach jak ten. Takich zawstydzających, przepełnionych winą i smutkiem momentach jak ten. Ten wstyd nie był przed światem - on był przed samą sobą, bo gdzieś w tle pamięci ciągle pojawiało się przekonanie nałożone przez rodziców, że musi być silna, że jest dorosła i musi to wszystko unieść sama. A ona już przecież nie ma siły.
Spojrzała jeszcze raz na swojego ukochanego. Spał spokojnie, jakby świat był prosty. Jakby ona też była. I wtedy pomyślała coś, czego bała się najbardziej. Że może problemem nigdy nie było to, kim ona jest... tylko to jak bardzo nie potrafi w to uwierzyć, jak bardzo boi się być sobą. Korona cały czas ciążyła na jej głowie, ale po raz pierwszy nie była pewna, czy ktoś ją tam włożył czy zrobiła to sama.
Nie zdążyła pomyśleć nic więcej, bo poczuła lekki, delikatny ruch obok siebie. Obudził się. Przeciągnął się leniwie i spojrzał na nią jeszcze półprzytomnym wzrokiem, jakby była pierwszą rzeczą, którą chce zobaczyć. Uniósł się lekko na łokciach i złożył pocałunek na jej policzku.
- A to moja księżniczka już nie śpi? - mruknął cicho. Zamarła. Jedna łza, zupełnie wbrew jej woli spłynęła po jej policzku. - Wiesz... - dodał po chwili, odgarniając jej włosy - jesteś dokładnie tym, o czym kiedyś nawet nie wiedziałem, że mogę marzyć. Nie odpowiedziała. Nawet nie potrafiła - jej gardło było tak zaciśnięte, że aż brakło jej tchu. Wszystko zaczęło w niej krzyczeć, że to nie prawda. Ze się myli. Ze gdyby siedział w jej głowie i wiedział więcej, nie mówiłby tak. A jednak... coś ciepłego, lepkiego jak miód, powoli rozlało się po jej sercu. I po raz pierwszy od dawna dopuściła do siebie myśl, że może on naprawdę jest tu z własnego wyboru. Nie z obowiązku. Nie z litości. Dobrowolnie.
I że może...może ona wcale nie jest ciężarem, którego trzeba się pozbyć. Może właśnie wręcz przeciwnie - jest tą, która rozjaśnia dzień. Może jest jednym z tych brakujących piórek w konstrukcji jego skrzydeł, aby mógł latać.
Nie zdążyła jeszcze otrzeć tej jednej łzy, która już wyschła na jej skórze, kiedy jego dłoń zsunęła się z jej włosów na kark. Poczuła chłód jego palców, a jednocześnie ich ciepło - paradoks, który znała aż za dobrze.
- Ann... - powiedział cicho, jakby po prostu chciał posmakować jej imienia. Zaschło jej w gardle. Zawsze gdy używał jej imienia w ten sposób, czuła się naga w sposób, którego tabletki ani żadna inna rzecz nigdy nie umiała zasłonić.
- Wczoraj... - zaczął i urwał. Przekręcił się na bok, tak że teraz leżeli twarzą w twarz a ich oddechy się mieszały. - Wczoraj śniło mi się, że uciekłaś. Nie zostawiłaś listu, nie wzięłaś telefonu. Po prostu... przestałaś istnieć w moim życiu. Obudziłem się i przez chwilę myślałem, że to prawda.
Milczała. Korona na jej głowie zacisnęła się jeszcze mocniej, ale duszki tym razem nie szeptały. Czekały. - I wiesz co? - ciągnął, patrząc jej prosto w oczy, bez mrugania. - Najgorsze nie było to, że Cię nie ma. Najgorsze było to, że ja... nadal byłem sobą. Bez żadnej różnicy. Jakby twoje zniknięcie nic we mnie nie rozwaliło. I to mnie przeraziło najbardziej.
Ann poczuła, jak coś w jej klatce piersiowej kolejny raz pęka. - Myślisz, że jestem ciężarem? - wyszeptała w końcu. Głos jej drżał, ale nie cofnęła wzroku. Słowa jej narzeczonego, były tak bolesne, bo przecież na chwilę potwierdziły jej wszystkie przekonania. Na chwilę, bo ten pokręcił głową.
- Myślę, że jesteś moją jedyną szansą, żeby nie zostać tym samym dupkiem, którym byłem, zanim Cię poznałem. Zamilkł na moment, a potem dodał ciszej, prawie do siebie:
- I cholernie się boję, że jeśli kiedyś naprawdę odejdziesz... to już nigdy nie przypomnę sobie, kim mogłem być przy Tobie. Bo ty wyzwalasz we mnie wszystko to, co najlepsze i dajesz mi to, czego najbardziej potrzebuję.
Coś w niej pękło do końca. Nie korona. Coś innego, głębiej. Coś, co przez lata myślała, że jest z drutu i betonu. Coś, czego myślała, ze nie da się zniszczyć. Złapała go za rękę. - To nie tabletki trzymają mnie przy życiu - powiedziała, a jej głos łamał się na każdej sylabie. - To ty. I to przeraża mnie bardziej, niż wszystko inne. Bo jeśli kiedyś przestaniesz chcieć... to co mi zostanie?
Patrzył na nią bardzo długo. Potem przyciągnął ją do siebie mocno, jakby bał się, że naprawdę wyparuje. - Zostanę - powiedział stanowczo. Nawet jeśli będziesz krzyczeć, pluć, rzucać we mnie wszystkim co masz pod ręką. Nawet jeśli będziesz chciała zniknąć. Zostanę. Bo ja już nie potrafię być bez tej mojej pokręconej ale jakże wrażliwej wariatki. Ann zamknęła oczy. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie miała ochoty uciekać. Nie miała ochoty znikać. Poczuła jak korona na jej głowie robi się lżejsza. Nie zniknęła, bo ona nigdy nie zniknie do końca, ale po raz pierwszy od dawna nie czuła, że ją dusi. Tylko waży - jak skrzydło, którego jeszcze nie potrafi rozłożyć, ale które już nie chce być tylko ciężarem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Spam i obraźliwe komentarze nie będą tolerowane! Za każdy komentarz bardzo dziękuję ♥♥ ! Weryfikacja obrazkowa wyłączona:)