Każdy koralik jest inny.


"Nie możesz wszystkich uszczę
śliwić. Nie jesteś słoikiem Nutelli. "

Wiesz... Z nerwów rozerwałam dzisiaj swój ulubiony naszyjnik i rozsypałam na podłogę koraliki. Moje wszystkie kolorowe koraliki. I przypomniało mi się, jak pół roku temu, w podobny sposób rozsypałam cały sens życia i wszystkie chęci do niego... I tak patrzę się na te koraliki, jak one spadają i odbijają się od podłogi i tak sobie myślę, że ja też się tak odbijam. Upadam i znów jestem w górze, i tak w kółko. A to odbijanie się, to napędza moje życie. Moje upadki są dla mnie nauczką. Każdy upadek jest inny i uczy czegoś nowego. I wiesz, dziwne że to powiem, ale każdy upadek który pamiętam był dobry i nigdy się więcej nie powtórzy. Popatrz, one mają różne kolory. Każdy koralik jest inny. O ten ma na przykład inny kształt niż reszta, a tamten zaś jest niebieski, a inne są zielone, czerwone, różowe i brązowe. I ten niebieski to ja. Wiesz, bo ja jestem niebieska. Niebieska jak morze albo jak ocean, niebieska jak niebo, niebieska jak twoje oczy, o, i jak twoja koszulka. I te inne koraliki, to inni ludzie, wiesz? Każdy z nich jest piękny i jedyny w swoim rodzaju. I ja też taka jestem! I pomimo, że te wszystkie koraliki się różnią kolorem i kształtem też, to przecież wszystkie są koralikami, noszą taką samą nazwę i tworzą razem coś pięknego - naszyjnik. I tak jest też ludźmi. Jesteśmy tylko jednostkami wypełnionymi tlenem i samemu nic nie znaczymy, ale w grupie, razem tworzymy coś pięknego, całość! Nie na darmo tyle nas jest na tym świecie. Wszystko ma swój powód, trzeba o tym nie zapominać. I pomimo, że niektóre koraliki mogą mieć nie pasujące do siebie kolory albo kształt, to są one po to, abyś właśnie ty zrozumiał, że nie wszyscy są dla siebie stworzeni. Te nie pasujące do siebie koraliki mogą z innymi koralikami stworzyć dwa, osobne najpiękniejsze naszyjniki świata. Z ludźmi jest tak samo, wystarczy to zrozumieć. To nic trudnego a właśnie między innymi na tym polega ludzka egzystencja. Nie da się wszystkich na raz zadowolić, bo jest nas po prostu zbyt dużo. Ale jeżeli będziemy robić coś co będzie podobać się nam i naszym przyjaciołom, to powinno być dla nas jak najbardziej satysfakcjonujące. I powinno być to wskaźnikiem do tego, że to co robimy i to kim jesteśmy jest naprawdę dobre.



❀❀❀



"Jakie są konsekwencje niesłuchania siebie? Dla mnie były takie, że inni mieli mnie za kogoś, kim naprawdę nie byłem. Im mniej słuchałem siebie, tym bardziej zakłamany był mój obraz na zewnątrz i wewnątrz. Mój zewnętrzny wizerunek różnił się od tego, kim się naprawdę czułem. I tylko ja wiedziałem, że coś tu nie gra - inni nie mieli o tym pojęcia."



Zastanawiam się kolejny raz nad tym wszystkim. Czuję się tak bardzo źle, a jednocześnie tak dobrze. Niby wszystko jest, tak jak powinno być, ale ja jakoś nie potrafię się tym cieszyć. Czuję się nieszczęśliwa w całym szczęściu które mnie ogarnia. Trudno to zrozumieć, lecz nic nie daje mi siły by żyć. Ja sama nie wiem dlaczego, nie rozumiem tego. A czas leci zbyt szybko. Zdecydowanie zbyt szybko. Czuję się, jakbym na nic nie miała czasu, a tak naprawdę po całości ten czas marnuję. Ileż życia marnujemy gapiąc się w ekrany laptopów i telefonów... Dlatego odinstalowałam facebook'a i usunęłam konto na instagramie, mając nadzieję, że to da mi więcej czasu na podniesienie ocen i samooceny. Dopiero teraz, kiedy takowych nie mam na telefonie, czuję jak bardzo jestem od tego dziadostwa uzależniona. Boję się, że kiedy faktycznie ogarnie mnie nuda, to oszaleję, bo zawsze jednak był ten cały facebook. Muszę zająć się pasją, zacząć ją rozwijać. Teraz robi się ciepło, więc zacznę więcej wychodzić z domu. Myślę, że to też wpłynie na moje samopoczucie. Może jak wyeliminuje z życia niektóre przyzwyczajenia to pozbędę się także smutku i wiecznej chandry? Czas na zmiany, czas by zacząć żyć, czas by cieszyć się życiem. Bo szczęście nie polega na beztroskim życiu. Szczęście polega na tym, że pomimo, iż nie jest idealnie, jesteśmy w stanie cieszyć się z małych rzeczy.  Jestem ciekawa ile wniosą do mojego życia zmiany, które wprowadziłam i czy będę w stanie z nimi żyć. Bo wiecie co ja bym chciała? Mieć mniej więcej takie życie jak sobie wymarzyłam, tworzyć, fotografować, a te zdjęcia to nie umieszczać na facebook'u czy instagramie tylko trzymać je dla siebie - wywoływać i wklejać do albumu. Wiecie, nie chciałabym się całym swoim życiem dzielić z ludźmi (tak jak to dotychczas robiłam), tylko być dla innych zagadką. Bo już się na tym raz przejechałam i nie chciałabym, aby kolejny raz to się powtórzyło. To jest trujące dla mojej duszy, dla mojego artyzmu. Dlatego chcę jakąś cząstkę swojej osoby zachować właśnie dla siebie. To ważne dla nas. Musimy dbać o to, aby nie stracić tego na co pracowaliśmy przez lata swego życia. 
Bliźniaki lubią zmiany. Tak więc takowe zamierzam wprowadzić. Małymi kroczkami dążę do wypracowania swojego stylu który czuję, ale nie wszystko pozwala mi na to by go mieć. Tak więc powolutku do celu. Przede mną jeszcze zmiany w pokoju (malowanie ścian i małe przemeblowanie). Chcę żyć w miejscu gdzie będę czuła się sobą. I dobrze.  Jest już wiosna, więc zaczęły się moje prace w ogródku. Jakieś dwa/trzy tygodnie temu posadziłam kwiatki, więc czekam i obserwuję jak moje babies się przebijają przez ziemię. Jeszcze trochę przede mną. Do maja muszę ogarnąć szkołę. Grunt to być silnym i nie poddać się tęsknocie za moim Bae, a to nie takie łatwe. Jednak nie daję się i dążę do celu. Czeka mnie jeszcze wiele ciekawych rzeczy w tym roku. W czerwcu 18, więc będzie fajnie. :)) Ale nie chce dorastać. Dorosłość to syf. 


Wesołych świąt wam życzę. Kochajcie się nawzajem i cieszcie się czasem spędzonym z bliskimi. To ważne!

i ja...


Moja dusza jest symfoniczna. Liryczna. Estetyczna. Pastelowa.
Wiecie, bo ja kocham te pieprzone kwiatki. I zachody słońca. I herbatę kocham.
Myślę nad sobą ostatnio dużo. I nie chcę, aby ktoś kiedykolwiek pomyślał że przez to jestem narcyzem. Bo uważam, że jednak jestem tego przeciwieństwem. A co do zachowań egoistycznych, to myślę, że takowe każdy posiada. Bo nie da się kochać drugiego człowieka, dopóki choć w ćwierci nie pokocha się samego siebie.
Ale do czego zmierzam. Zauważyłam z biegiem lat, że jestem bardzo delikatną osobą. Myślę że mnie to można utożsamiać z różą. Piękna i delikatna, ale równocześnie posiadająca kolce, które mogą zranić. Ranię ludzi. Naprawdę to robię. Tak często, że nawet tego nie umiem kontrolować. I to tym samym rani mnie. Bo wiecie, ja jestem człowiekiem który po prostu chciałby żyć w separacji od innych, sam. Tak po prostu mieć święty spokój i po prostu tym samym nikomu nie przeszkadzać. Nie ranić innych, żyć sobie w ciszy i spokoju, cieniu świata, dla samej siebie.
Bardzo często wydaje mi się, że jestem intruzem. Nie wiem dlaczego, po prostu tak jest.

Ja jestem dziwnym typem człowieka. Ja całą duszą odbieram poezję. Ja lubię gwieździste noce. I tak po prostu patrzeć w niebo. Dla mnie rozrywką jest herbata, kartka i długopis. A i swoją ulubioną muzyką się cieszę. No i myślę że nietuzinkowy gust muzyczny mam. Bo ja mam obsesję na punkcie The Neighbourhood i kocham Jamesa Baya, albo Cloves, albo 1975. I dużo dużo więcej. I Nirvane lubię. 
No i ja to jestem taka, co mogłaby w koronkowej sukience po łące boso biegać. I jak się przed tobą otworzę, to zobaczysz całkowicie inną osobę niż wcześniej widziałeś. Bo ja taka jestem. Tak się zamykam przed ludźmi i tak trudno mnie kochać. Tak trudno akceptować wszystkie moje wybryki. Tak trudno akceptować mnie. I ja jestem taka delikatna, jak róża. Jak różę trzeba na mnie uważać, chronić mnie i jak róża mogę  zranić. W najmniej oczekiwanym momencie.




I ja lubię takie najprostsze rzeczy. Na przykład obecność jednej osoby. Mam taką ulubioną osobę, wiecie? Mogę być wszędzie, w każdej sytuacji, byle by z nią. I to ta osoba jest głównym obiektem moich przemyśleń. I to dla tej osoby chcę żyć. Nie wymagam dużo. Chcę po prostu przeżyć niezapomniane chwile i być kochaną. To mi wystarczy. 

I ja jestem taka, że ja lubię dawać siebie innym. Ja mogę dla innych dużo zrobić. Ja będę innych bronić. Ja będę innym pomagać. ja się dam wykorzystać, z myślą że przez to ktoś będzie szczęśliwy. I ja cierpię. Dużo cierpię, ale to też w jakiś tam sposób tworzy mnie. 


I jak tak sobie siedzę w promyczkach słońca i słucham sobie 'don't you wait', to ja sobie tak wyobrażam siebie i kogoś. I najlepsze nasze chwile, które były i które jeszcze będą.
No i wiecie. Ja sobie lubię popłakać. Tak po prostu. A potem z tego żartować. Nawet kiedy jeszcze kilka minut wcześniej strasznie cierpiałam. Bo ja mam tak, że albo płaczę bardzo, albo nie płaczę w ogóle. Albo wyrywam sobie ze łzami duszę, albo kryję wszystko pod uśmiechem.

Jestem trudna.
Cóż poradzę. jednak istnieją osoby które potrafią to akceptować.

I jeszcze jedno. Znacie to uczucie kiedy przez całe życie szukacie siebie, tworzycie to, tworzycie siebie, małymi kroczkami, powoli a ktoś wam to później tak po prostu chamsko odbiera? Wyrywa z rąk? Straciłam siebie. Przez ludzi którzy byli mi najbliżsi. Zniknęła połowa mnie. Bum.



i've tried goodbye a hundred times

"Jestem w tobie zakochana. Po uszy i po mankiety koszuli, której nie noszę. Po wszystko.

(…) i jeszcze może chcesz wiedzieć, że wypiłam dwie kawy, mojito z lodem, że odpadł mi guzik od koszuli, że w piątym rzędzie było ciemno, że wieczór tak czule gadał do moich okien i że zakochałam się tak naprawdę i bardzo w tobie. "








Jestem falą na niebieskim oceanie. Sztormem i burzą w ciemną, granatową noc. Gdzie jasna łuna jaskrawej, spadającej gwiazdy gdzieś dalej przeszywa niebo. Jestem kroplą w deszczu, która odbija się od liścia jednego z klonów i spada na ziemię. Jestem ognisto-rudym lisem, zagubionym w lesie. Sarną przebiegającą Ci przez drogę, kiedy o 3 w nocy jedziesz samochodem. Jestem zielonym źdźbłem trawy, który ugina się przy podmuchu wiatru. Jestem krzykiem rozpaczy, piskiem ciszy. Jestem światłem w ciemności, zachodem słońca topiącym się w tafli jeziora. Wschodem fioletowym. Jestem zmrokiem i porankiem. Zagadką, na którą brak odpowiedzi. Jestem chwilą, momentem który mija. Jestem farbą olejną nakładaną na płótno. Czarnym kolorem na jednej z twoich fotografii. Jestem siłą statyczną i dynamiczną. Raz ogniem, raz wodą. Raz zimna, raz gorąca. Raz sobą, raz nie.


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .


Muzyka mnie tak uskrzydla… Jestem bez wątpienia melomanką. Muzyka zawsze przy mnie będzie i nigdy nie będę jej miała dość. 
Moja dusza jest muzyką, moje serce bije w rytm muzyki. W moich żyłach zamiast krwi znajduje się dźwięk. To mój tlen. To ż y c i e.
Kiedy słucham niektórych piosenek, to mam w sobie takie dziwne, ale jednocześnie przepiękne uczucie. Kocham to uczucie. To szastanie duszą na lewo i prawo. Znacie to? To moje ulubione uczucie prócz tego kiedy on  jest przy mnie.
I kiedy się w życiu gubię, (a gubię się często) to jest to dla mnie taką odskocznią.
Ostatnio właśnie po prostu jak było późno w nocy, włączyłam te swoje ulubione piosenki na słuchawkach i zaczęłam płakać. To właśnie ja. 
A kiedy znów będzie ciepło, to będę siedzieć na oknie i patrzeć w gwiazdy. :)) 

Gwiazdy przez łzy są piękne. I takie...nagie. Nagie jak ja.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jestem osobą niezdolną do kochania. Kocham, ale kochać nie umiem. I powiem wam coś co pewnie dobrze znacie, ale ja to dopiero teraz zrozumiałam. Nie da się kochać kilku osób na raz. Nie można tak. To jest zakazane. To jest nie ładne… 

Wiem, że nie mogę, nie umiem i nigdy nie będę w stanie poświęcić się w całości jednej osobie. Ja tak nie potrafię. Jestem tu dla wszystkich. Każdy zabrał jakąś cząstkę mnie.

I jeszcze jedno... - nie potrafię zrozumieć życia. Nie umiem.
Jestem taką zagubioną duszą w tym całym świecie.
Nie umiem sobie tu poradzić.
Nie nadaję się do świata.
Nie pasuję.

Samotnym jest się także wśród ludzi.




"Wiesz kiedy tracimy kogoś, to zostajemy sami. Mimo tego, że wokół nas może znajdywać się grono ludzi, my i tak jesteśmy sami.Jesteśmy tylko my , dusimy się we własnych ciałach. Łamiemy się w pół, dosłownie na milion kawałków.I nie dociera to do nas, gdy inni to rozumieją, później zaczynamy zauważać  co się właśnie zdarzyło, wiem trochę to popieprzone, ale tak zazwyczaj jest. Prosimy o pomoc nie potrzebując jej i odrzucamy, kiedy jest wszystkim co musimy w tej chwili dostać.To kurewsko ciężki proces, powstania po stracie kogoś ważnego dla nas i jakby na nasze nieszczęście, nigdy nie gojący się w pełni."


Jestem Ania. Ale znajomi mówią do mnie Kaczor. Mieszkam w Polsce. 4 czerwca skończę 18 lat. Jestem człowiekiem. Swoje już przeszłam.

Znacie to uczucie, kiedy siedzicie w gronie ludzi - bliskich, przyjaciół - i czujecie się samotni? Czujecie, jakby jedna część was gdzieś zaginęła? Według raportu Mental Health Fundation, aż 64% Brytyjczyków w przedziale wiekowym 18-34 lat deklarują że czują się samotni. W Polsce jest to (aż) 34%!

Co sprawia, że tak jest? Nie jestem ekspertem, posiadam tylko życiową wiedzę. U mnie było to przede wszystkim odejście mamy. Minęło już trochę czasu od tego wydarzenia - w grudniu tego roku minie 5 lat. Jednak ja nadal czuję to złe "promieniowanie" w moim kierunku. Sytuacja z 6 grudnia bardzo wpłynęła na mnie, moją osobowość i życie. Wiecie, u mnie to jest tak, że pomimo iż moi przyjaciele mnie wspierają i są dla mnie, ja często czuję się nie zrozumiana. Mam świadomość tego, że jest inaczej, ale nie umiem powstrzymać tego odczucia. Tak już jest.

Wszystko dzieje się w naszej głowie. Kiedy tak chodziłam po psychologach, to uświadomiłam sobie to jeszcze mocniej. Te wszystkie wizyty dały mi do zrozumienia, że wiele w życiu, zależy od nas samych.  Chociaż w sumie nie wiem. Wydaje mi się, że na niektóre rzeczy które się dzieją w nas nie mamy w ogóle wpływu. Dlatego też potrzebujemy pomocy innych.

Samotność zabija. Jest destruktywna. I tu nie chodzi o samobójstwo - które zresztą też jest możliwe i ludzie często je wybierają (ale to nie jest żadne wyjście) - chodzi tu o kortyzol. Jest to hormon stresu, który wydziela się u ludzi, którzy przez dłuższy czas odczuwają głęboką samotność. Jego długotrwałe działanie wyniszcza organizm, dlatego często osoby z takim przypadkiem, są bardziej podatne na choroby (w tym depresje) i mają problemy z prawidłową pracą organizmu (np. mózgu), co prowadzi do trudności np. z podejmowaniem decyzji, przyswajaniem wiedzy i koncentracją.

Myślę, że znalezienie osób, które będą darzyć nas wyjątkowym zrozumieniem i tolerancją jest kluczem do wybrnięcia z "psychicznej samotności". I ja takich przyjaciół znalazłam. Sama im się dziwię, bo patrząc na to, co czasem odwalam nie byłabym w stanie ze sobą wytrzymać. A oni wszyscy wytrzymują. I w dodatku darzą mnie sympatią. Dzięki temu wybrnęłam z tego, w czym siedziałam jeszcze parę lat temu.

Mówiąc krótko, ludzi mogą pomóc i często tak jest. Chociaż czasem, pomimo starań ze strony innych uczucie, że jesteśmy samotni dalej nas dręczy. Co wtedy?

Ważną rzeczą jest praca nad sobą. Pasja.
Wiecie, ja kocham pisać. To mnie uspokaja, zajmuje czas i nie mam możliwości myśleć o tym jak bardzo samotna i nie zrozumiana przez społeczeństwo się czuję.

Samotność jest też wynikiem inności. Ludzie nie lubią "alienów". Wolą trzymać się w kupie, gdzie wszyscy mają takie same koszulki czy poglądy i mówić że są oryginalni. ;) to tak półżartem, ale mówiąc serio -  nie bójcie się siebie. Życie jest długie, a na świecie jest jeszcze 7 mld innych ludzi. Na pewno kiedyś znajdzie się ktoś, kto zaakceptuje was takimi jaki jesteście. A narazie znajdźcie swoją pasję. Coś co was bawi, jara i przynosi satysfakcje z siebie samego. Pasja niech będzie wasza przyjaciółką. Pasja jest ważna. Mając pasję nigdy nie będziecie sami.



Kiedy tracimy siebie.

Moje życie miało różne etapy. Poczynając od wczesnego dzieciństwa, (w którym pomimo tego że i mama i moje rodzeństwo starało się mnie chronić bywało różnie), po moje szalone, smutne, psychopatyczne ostatnie 6 lat, kończąc na etapie życia w którym jestem teraz. Dorastam. Za 4 miechy skończę 18 lat i jak zapewne wcześniej wspominałam, nie jestem na wkroczenie w dorosłość zupełnie gotowa, ponieważ nadal czuję się dzieckiem. Nieodpowiedzialnym dzieckiem.


Ostatnio przechodzę pewnego rodzaju załamanie własnej osobowości. Pomimo, iż czuję że wróciłam już do normalnej siebie, przeżywam różne kryzysy. Na przykład kryzys religijny. Mam problem z wiarą. Wierzę, ale dokładnie nie jestem pewna w co. "Jest jeden Bóg" który jest naszym królem, ma trzy postacie i jest wszechmogący. Nie rozumiem Biblii. Z niektórymi rzeczami się definitywnie nie zgadzam (chociaż wiem, że wynika to też z niewiedzy). Mam tyle pytań, do pojedynczych zdań znajdujących się tam. Szukam, ciekawi mnie to. Ale nikt nie potrafi dać mi odpowiedzi, która była by całkowitym zaspokojeniem.

Przez całe życie szukałam Boga. I szukam nadal.
Mama zawsze powtarzała, że jestem niezwykłym dzieckiem. Bo faktycznie, byłam inna.
Jako 10/11-letnia dziewczynka byłam introwertykiem. W sumie do niedawna. I serio, wolałam siedzieć w domu i pisać niż wyjść gdzieś z przyjaciółmi i się pobawić.
Oto fragment tekstu, który napisałam jak miałam około 12 lat:

"(...) Dlaczego nikt mnie do jasnej anielki nie może zaakceptować!? Przecież to ważne, żeby być sobą i postępować według swoich zasad i ja tak robię! Co mam w sobie zmienić? Styl bycia? Charakter? Nie wiem. A może mam być kimś innym? (...) Czasami wiadomo, jakoś tak nie jestem sobą. Nie potrafię nią być... Nic mi się we mnie nie podoba. Nie mogę pogodzić się ze światem. Nie rozumiem, dlaczego tak jest? Nie da się tego zmienić?  (...) Czasami jestem bezsilna i wtedy... Wtedy biorę komórkę i słucham tej piękności - muzyki. I wtedy uświadamiam sobie że mam po co żyć, jestem szczęśliwa i tak wiele spraw rozwiązuje się w mojej głowie. Rozumiem sens tego wszystkiego i wiem, że jestem na tym świecie po to, aby coś naprawić, coś zmienić w tej codzienności. "

Byłam naprawdę zdesperowana i jako dziecko, oczywiście wszystko wydawało się dla mnie naprawdę trudne i nie zrozumiałe. Nawet te najprostsze sytuacje były dla mnie niesamowitym wyzwaniem. I tak mam do dziś. Tyle że dziś zastanawiam się nad takimi rzeczami jak właśnie np. religia czy też ogółem mój światopogląd.


Życie jest naprawdę trudne. Jeżeli nie obierzemy właściwego kierunku i nie znajdziemy celu, staje się jeszcze trudniejsze. Los doświadcza nas codziennie. I wiecie co jest najlepsze? Jutro. I niewiedza jego dotycząca... Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem. To od nas zależy to, jak bardzo je ubrudzimy.

A dlaczego taki tytuł. Bo kiedy błądzisz, tracisz siebie. Wiecie...Pomimo tego iż czuję się już całkowicie "normalna", to niektóre rzeczy zaczęły we mnie szwankować. Wydaje mi się, że już zawsze tak będzie. Błądzę między skromnością a egoizmem. Odbijam się od jednego do drugiego. Zadaję sobie tak wiele pytań (w tym moje ulubione - d l a c z e g o) na które po prostu niema odpowiedzi i to mnie męczy. Wędruję w pół mroku. Staram się pomagać innym a w dodatku muszę jeszcze ogarnąć samą siebie. Nie umiem żyć, nie umiem sobie radzić z niektórymi sprawami i dopóki się nie nauczę, nigdy nie znajdę siebie.


Wypociny zagubionej kaczki.

Skąd ten tytuł? Bo się staram.

Ostatnimi czasy moja osoba znów przeszła przemianę. Nie jestem pewna czy to dojrzewanie czy po prostu wybór. W każdym bądź razie stałam się bardziej tajemnicza. Wypełniłam się niejasnościami, tak samo jak mój styl pisania i wypowiadania się. Niejasność to moje drugie imię.
Wszystko stało się mniej logiczne, a ja jestem jedną wielką zagadką, do której brak odpowiedzi.

Po co o tym wszystkim piszę? Nie wiem, chcę się po prostu wygadać, poza tym - mam wenę. Ale, przeczytajcie jeszcze raz pierwsze słowo z tytułu, a może zrozumiecie.

Piszę, bo jestem. Jestem, bo piszę.‟ - to ostatnimi czasy moje motto. Lubię pisać. W sumie to bazgrać, płakać nad tą kartką, produkować się, skrobać a potem nazywać to "dziełem".

W moich słuchawkach Hozier, a ja znów zastanawiam się nad sensem mojego pieprzonego życia.
Dzisiaj doszłam do nowej rzeczy. Przygarnęłam nową złotą myśl. Wpadłam na to, myślę że jednak za późno. Tak czy siak, moja złota myśl głosi, iż jeżeli nie będę twardą suką, to życie mnie zniszczy. W sumie to zadepcze na śmierć, pokroi na kawałki, porwie na strzępy, przepuści przez niszczarkę do papieru.

Mama mnie nigdy nie nauczyła, że nie warto być dobrą, miękką i wrażliwą. Wręcz uczyła mnie przeciwnie - trzeba być dobrą, ufną i wszystko inne co wymieniłam w zdaniu wcześniej. Nie powiedziała mi, że ludzie to hieny, które tylko czekają na to, żeby cię pożreć emocjonalnie. Nikt nie nauczył mnie, że w nowoczesnym świecie materialiści to 90% ludzi. Nikt nie ostrzegł mnie, że jeżeli będę wrażliwa i dobra, że jeżeli będę nieść pomoc innym to inni po prostu mnie zniszczą.

W tamtym tygodniu pisałam mojemu chłopakowi wypracowanie na filozofię. Temat dotyczył niemieckiego filozofa,  Fryderyka Nietzsche i jednego z jego cytatów. Słowa, do których miałam się odnieść mówiły o tym, że parafrazując, w ludziach jest więcej małpy niż w samych małpach. Zinterpretowałam to w ten sposób, że ludzie po prostu zachowują się gorzej niż zwierzęta. Wiele w nich okrucieństwa i bestialstwa.

Długo zastanawiałam się nad tematem, pisząc tą pracę. Ale w sumie patrząc teraz, temat wcale nie jest trudny. Wystarczy spojrzeć na to, co nas spotyka na co dzień.

No ale narazie żyję. Sama się uczę, dopiero teraz. Chociaż, ponoć na naukę nigdy nie jest za późno. Lepiej późno niż wcale.
A żeby przeżyć w dzisiejszych czasach, psychikę trzeba mieć ze stali. Trzeba być odpornym na choroby typu reklamy, pieniądze, fałszywość i wredność. Trzeba zaszczepić się na politykę i zacząć uczyć się ignorancji, by móc skupić się też na sobie.
Wiecie, bycie egoistycznym czasem jest potrzebne. A nawet często. chociażby po to żeby przeżyć. Przeżyć i żyć, jakoś.

Obserwuję świat. Smutny świat 2017 roku. Tak wiele ludzi nie potrafi cieszyć się z tego co ma. Tych małych, głupich rzeczy. Ciągle tylko narzekają, jak to im źle, jak beznadziejne jest życie. Nie doceniają tego, że mają rodzinę, dom i najcenniejszy dar - właśnie życie. Patrzę na to wszystko i myślę, że nigdy ale to przenigdy nie chciałabym żyć z tą myślą. Staram się żyć najlepiej jak potrafię. Staram się żyć tak, aby pomimo tego, w jak trudnej sytuacji się znajduję, móc kiedyś usiąść i powiedzieć " tak, te lata były dobre". Wszystko zależy od nas samych i od naszego myślenia. Wystarczy po prostu zmienić w swoim życiu parę małych rzeczy i małymi rzeczami zacząć się cieszyć, a będzie dobrze. A przynajmniej lepiej, uwierzcie mi. Mogę przysiąc.

Wiecie... Zawsze byłam osobą empatyczną. Jakoś tak byłam wrażliwa na cierpienie innych. I zawsze starałam się, aby inni mieli lepiej niż ja. Nigdy nie byłam jakoś chciwa, zawsze się dzieliłam. I starałam się pomagać. Nadal to robię. I wiecie, jak kogoś kocham, to wyrwałabym sobie serce dla niego i oddałabym  mu. Byle by tylko był szczęśliwy. Staram się dawać od siebie tyle, ile mogę.
Ale czasem wydaje mi się, że ludzie tego po prostu nie widzą. Nie zauważają mnie...poprawka - mojej pomocy, którą staram się dawać. Mówią, że karma wraca. A ja nie potrzebuję nic więcej, jak tylko miłości mojego bae, i umiejętności życia. Bo wydaje mi się, że dawanie siebie w tym pustym i szarym świecie nic nie znaczy. I pomimo że pomaganie i miłość mnie uskrzydla, to nie dam rady przeżyć, jeśli - tak jak już wspomniałam na początku - nie będę twardą, nie do złamania suką. To jedyna rzecz której muszę się nauczyć.