JESTEM DZIWKĄ.

- Cześć Ania... Wiem bywałaś tu wiele razy. Twoja depresja się znowu odzywa. - wstaję i podciągam spodnie. - Czym ty w ogóle dziewczyno zawiniłaś? Bóg cię non stop za coś każe, wyśmiewa cię, drwii sobie. Za chwilę nie starczy mu kar i w końcu cię uśmierci żeby wysłać do piekła... - odpalam papierosa. - Ty wiesz w ogóle kim ty jesteś? - "dziwką" myślę sobie, "mają mnie za dziwkę" myślę dalej, łapiąc się na tym, że zaczęłam płakać. Dziwne to jest dla mnie, takie...chujowe i nadal nie przyzwyczaiłam się do tego że mają mnie za dziwkę. Przecież zawsze bałam się odkryć chociaż kawałek nogi i wielkim wręcz osiągnięciem było kiedy zaczęłam nosić crop-topy, w końcu nie wstydząc się swojego ciała. Wszyscy zawsze mówili mi, żebym chodziła w spódniczkach i odkrywała to co we mnie najpiękniejsze, moje atuty kobiecości. Teraz gdy nawet tego nie robię, czuję jak wszyscy nienawidzą mnie. Jak myślenie że dam się każdemu, nazywanie mnie kurwą to dla nich wręcz przyjemność i ulga dla własnych wyrzutów sumienia. - Nie mogę tak żyć - mówię pod nosem patrząc jak chłopaki biegają za piłką. - Czy lesbijstwo nie jest uważane za coś "nie-kurewskiego"? Przecież w mniemaniu innych lesbijstwo to wcale nie dziwkarstwo. A ja nawet do jednego czy drugiego nie mogę się przytulić... Ale gdybym z Olką czy Edytą chadzała za rękę, to przecież pomimo niemoralności i braku adekwatności do Biblii byłoby to coś normalniejszego niż przyjście do kolegi w odwiedziny. - Biorę któryś już z kolei łyk piwa. - Co oni z tobą Anka zrobili? Kurwa, zniszczą Cię, przybiją gwoździami do podłogi o ile już tego nie robią. - Zatrzymałam się na chwilę i zamyśliłam bardzo, nie mając nawet świadomości o czym myślę.


Wyrwałam się z transu i popatrzyłam na różaniec uwiązany do lusterka. Jest tam Jezus. - Jesteś Ania jak on. - mówię. Sfrustrowana biorę kolejny łyk piwa, a niedopalonego papierosa rzucam gdzieś na kamienistą drogę, przez uchylone okno. - Kurwa. Jak to możliwe, że ludzie tak po prostu potrafią cię zgnoić za to jak wyglądasz. Żyjemy w 21. wieku a czuję się, jakby to było jebane średniowiecze. Kobiety nadal nie są szanowane w żaden sposób. I ku mojemu zaskoczeniu, teraz nawet nie musisz być odkryta, by nazywali Cię dziwką. Cofamy się? Ucywilizowana współczesność to jakieś zmyślone gówno, skoro nie jestem godna przebywać w jego towarzystwie. - Podnoszę dłoń i odgarniam włosy. - To jakby mi położył rękę na ramieniu, to to by oznaczało że już mnie rozdziewiczył? - uśmiecham się przez łzy a potem marszczę czoło. - Jebana seksualność człowieka, która istnieje gdzieś tylko i wyłącznie w wyobraźni. - wzdycham i patrzę w niebo. - Ohh mamo... pozwoliłabyś na to, żeby mnie tak gnoili? - teraz już nawet łzy same toczą mi się po policzkach. Zapalam kolejnego papierosa. - Nie jestem ani trochę winna za to jak wyglądam. Nawet nie jestem za to odpowiedzialna, bo w genach mam zapisane swoją chudość. - Patrzę jak dym ulatuje razem ze spadającym popiołem. - Nienawidzę siebie. Brzydzę się swoją osobą. - Oto co ze mną zrobili.

Warto się zakochać.

Jak wszyscy wiemy, albo i nie wiemy - jestem wielką kociarą. Uwielbiam wszystkie koty istniejące na świecie, wliczając nawet te najdziksze i najgroźniejsze. Mam też swojego kota, nazywa się Grace i jest zwykłym dachowym tricolorem. No, może nie takim zwykłym. Dla mnie niezwykłym. :) Uwielbiam ją. Jest naprawdę cudowna i inteligentna.
Jak również wszyscy wiemy, albo i nie wiemy od 6 lat choruję na depresję. Nie wstydzę się swojej choroby, ponieważ jestem pewna że wyjdę z niej, przy odpowiedniej opiece moich specjalistek. Wtrącając tutaj inny temat, jestem bardzo zasmucona i sfrustrowana stereotypowym myśleniem ludzi. Pomimo iż mamy 21. wiek autoagresja nadal kojarzona jest z byciem "EMO" i wyśmiewana, lub nawet tępiona. Tak samo jest z różnymi "prostymi" chorobami psychicznymi, np. depresją. To zjawisko najczęściej występuje u ludzi starszych lub w podeszłym wieku. Nadal (dzięki nim) zachowuje się stereotypowe myślenie, że "choroba psychiczna to wstyd i lepiej nie mówić sąsiadom". Ahhh Polacy, kocham swój naród. Proszę, nie myślcie tak. Choroby psychiczne, to takie same choroby jak grypa, ospa, czy złamanie jednej z kończyn. Naprawdę :).

Wracając do tematu. W związku z moją depresją, mój ukochany Ajuś, postanowił podarować mi psa. Co prawda, kupiliśmy go razem, "na współe" ze względu na nasze warunki materialne i jest to "nasz" pies, ale to ja jestem wpisana w książeczce zdrowia jako główny właściciel i więcej czasu piesek przebywa u mnie. Ajuś stwierdził, że mając psa nie będę sama, a opiekując się nim zajmę swój czas i nie będę nadmiernie rozmyślać. Tak więc, poznajcie mojego ukochanego Fenka!




Dlaczego |"Fenek"? Imię wymyślił Arek. Kojarzycie tego lisa pustynnego? (Kto nie wie, niech wygoogluje). Tak, jego nazwa własna to właśnie fenek. Prawda, że są podobni? Szkoda tylko, że nasz Fenek nie ma tak stojących uszu jak tamten lis. |Ale będzie miał! Zobaczycie!

Jeżeli chodzi o samego pieska, jest rasy szpic. Aktualnie jego waga jest pomiędzy 2,7 a 3kg, ale urośnie on do 5kg. Jest grzeczny, szybko się uczy i potrafi zaprzyjaźnić się z każdą istotą na świecie! Zbiera miliony fanów. Nie ma dnia, kiedy podczas spaceru ktoś mnie nie zaczepi. Bardzo to lubię, bo dzięki Fenkowi mogę poznać historię wielu ciekawych osób. Każdy chce podejść żeby go pogłaskać. To jest świetne, bo dzięki temu nie czuję się samotna.

Ostatnio poznałam historię pana, który swojej ciężko chorej na depresję żonie, kupił na 26 rocznicę ślubu kota. Opowiedział mi jak bardzo go uwielbia i jak bardzo się do niego przywiązał. Miło posłuchać o czymś, co daje innym szczęście. To sprawia, że sama czuję się szczęśliwa.


I tak obecnie spędzam każdy dzień. W każdy dzień witana jestem mokrymi całusami na buzi i merdaniem ogonem. Każdy dzień wiąże się ze spacerem, podaniem jedzenia i wody. W każdy dzień słyszę szczeniacze poszczekiwanie. Mam nowego przyjaciela, którego pokochałam od pierwszego wejrzenia. Myślę, że pomimo iż czasem jestem zmęczona bieganiem za nim i wycieraniem siuśków w moim pokoju, nie oddam go nikomu nigdy. I wiecie co? Warto się zakochać. 


parę słów o mnie.

Kiedy zaczęłam chodzić do liceum to rozpoczął się taki okres mojego życia który najbardziej ukształtował moją osobę. Zaczęło się od muzyki. Do mojego życia wkroczyła alternatywa ale także indie & folk. Na pierwszy ogień poleciało The neighbourhood a potem już po kolei Arctic Monkeys, Hozier i inni... Lane Del Rey lubiłam od zawsze. Gdy już zaczęłam słuchać muzyki, ukształtował się mój styl. To była długa droga, wiecie? Zaczynałam od hipisa. Śmiać mi się chce jak teraz o tym myślę. Do dziś pamiętam jak w lecie chodziłam boso po ulicy i ludzie patrzyli na mnie jak na jakąś nienormalną. To było nie odpowiedzialne. Bogu dzięki, że nie rozwaliłam sobie nogi jakimś kawałkiem szkła czy coś w tym stylu. Myślę, że za to mnie ludzie lubią (o ile ktoś mnie naprawdę lubi). Za to że jestem taką nie bojącą się opinii. Mogę zrobić cokolwiek mi się podoba, bo naprawdę nie obchodzi mnie to, jakie ktoś ma zdanie na ten temat. Robię to, co mnie uszczęśliwia i sprawia że jestem tą którą jestem, a jeżeli komuś się to nie podoba, to to nie jest mój problem, tylko jego.
Wróćmy do stylu! Jak już przeszłam przez nałogowe farbowanie włosów i grunge'owe malowanie kresek na oczach to wychodzi na to, że potrafię określić siebie. Jestem dziewczyną w ogrodniczkach, we flanelowej koszuli, w za bardzo podziurawionych spodniach, w zabawnych koszulkach lub w legginsach. Kreski na oczach zostały, ale teraz rysuje je w bardziej normalny sposób. Co teraz lubię? Przejęłam jedno z zainteresowań mamy - kwiatki. Każde kwiatki kocham jak własne dzieci. Jedne z moich ulubionych to słoneczniki i róże. Kwiaty są takie piękne.... i dają mi mnóstwo radości. Pisałam wiersze. Ale przestałam. Nie wiem, mam nadzieję że to wróci, bo wychodziło mi to nawet nieźle. I pozwalało mi jakoś żyć. Teraz jest trudniej... Co jeszcze... Na pewno mogę wam powiedzieć że lubię się w coś wpatrywać. Lubię obserwować zachowania ludzi albo po prostu położyć się na trawie i wpatrywać w niebo. Ja w każdej rzeczy potrafię znaleźć piękno. Kiedy byłam mała, to usłyszałam kiedyś w kościele, że powinniśmy dziękować Bogu za wszystko co nam dał. Bardzo to we mnie uderzyło, a miałam może jakieś dziewięć lat. Od tamtej pory, gdy zobaczyłam na przykład motyla, uśmiechałam się, patrzyłam w niebo i mówiłam "Boże dziękuję". Mój tata jest hodowcą gołębi. Gdy siadałam na huśtawce i słuchałam muzyki one zawsze latały nad moją głową. Uwielbiałam na nie patrzeć. Ptaki są cudowne. Chciałabym się poczuć tak jak one.
Wiecie co jeszcze lubię? Być sama. Przez tyle lat nigdzie nie wychodziłam. Prawie z nikim się nie spotykałam, tylko siedziałam zamknięta w pokoju, że to stało się częścią mnie. Jestem totalnym introwertykiem. Pamiętam, jak moja siostra walczyła o to, żebym taka nie była, Ale mi jest tak całkowicie dobrze. Ja lubię sama obejrzeć film, lubię posiedzieć ze słuchawkami w uszach i patrzeć w słońce. Lubię się sama delektować swoją ulubioną muzyką. Sama najlepiej siebie rozumiem i z samą sobą jest mi najlepiej. Jestem samowystarczalna. I to nie jest jakiś rodzaj egoizmu, bo wiele ludzi tak to odbiera. To jest po prostu typ osobowości.
Myślę że na tym skończę. I wiecie co wam powiem? Tylko tyle: spróbujcie pokochać siebie.

nie zasługuję na twoją uwagę.

Nie zasługuję bo jestem nikim. 
Spędziłam trzy dni myśląc w kółko o tym, dlaczego od listopada nie byłam w stanie napisać chociaż jednego wiersza. Chodziłam i cały czas wypytywałam o to osób które tak samo jak ja nie miały o tym pojęcia. Zresztą nie mogły go mieć, bo nikt we mnie nie siedzi i nikt z mojego wnętrza tego nie wyczyta. Po miesiącu nie pisania stwierdziłam że jestem chujową poetką, chujową pisarką i w ogóle to się do niczego nie nadaję. Moja samoocena legła w gruzach i naprawdę, byłam przekonana, że jeżeli przestałam pisać to już koniec. Amen w pacierzu. Na siłę próbowałam pisać. Byłam tak zdesperowana, że byłam w stanie nawet rzucić swojego chłopaka tylko po to, żeby napisać o tym wiersz. Na siłę byłam smutna, na siłę słuchałam smutnych piosenek i sama wpychałam się w najgorsze stany. Płakałam, płakałam, płakałam... i w końcu się poddałam. Stwierdziłam, że to chyba koniec. Że nagle przestałam być poetką. I wiecie, co? Wczoraj napisałam wiersz. Co prawda nie jest jakiś genialny, ale dałam radę. To podsunęło mi wniosek, że nie da się przestać być poetą. Jak się już zaczęło, to się nim jest do końca. Tylko, zastanawia mnie to, jaki czynnik wpływa na to czy piszemy czy nie. Co jest powodem tego, że czasem czujemy że musimy coś napisać, a nawet nie jesteśmy w stanie wyskrobać jednego słowa. To jest tak frustrujące uczucie! Czujesz, jak rozrywa cię od środka i że jeżeli w końcu czegoś z siebie nie wydusisz to cię to zabije. Dlatego tak często wylewamy krew, łzy i palimy fajki. My poeci. I może dlatego nie zasługuję na twoją uwagę. Nie zasługuję, bo jestem poetką. Nie zasługuję, bo jestem nikim. 



Miało być dobrze.

Spojrzałam w niebo. Jest jasno-niebieskie. Na tej błękitnej tafli rysują się pojedyncze, białe baranki. Tak to obłoki. Lubię patrzeć w niebo.

Jest już tu na zawsze. Wrócił. Jest ze mną. I chociaż nawet nie śmiałam o to prosić Boga, to go dostałam. Wcześniej. Lecz ponoszę tego cenę.
Takie jest życie. Nie trzeba było się łudzić, że wszystko będzie dobrze. Że przyjedzie i wszyscy to zaakceptują. Gdyby w życiu było wszystko dobrze, to chyba musiał to by być jakiś chory, zmyślony sen. Na tym właśnie polega życie - na tym, że coś jest zawsze nie tak.
Nadal się za to wszystko obwiniam. Chociaż nawet słowem się nie odezwałam w tej sprawie. Cóż, że nie będę uchylać nikomu szczegółów. Niech sobie tak myślą.

Zbliżają się święta. Bez mamy. Mojej kochanej mamusi. Najukochańszej istoty która wtedy przy mnie była. A ja byłam małym skurwysynem dla niej. Pff, długo mi to z głowy nie wyjdzie.
Byle jakoś przetrwać. Myślę, że dopóki nie założę własnej rodziny, nie poczuję co to święta.
W pamięci mam tylko zarysy świąt z rodzicami. To jak tata zawsze podsadzał mnie abym mogła wsadzić gwiazdkę na choinkę, a z mamcią piekłam ciasta. Zawsze był mazurek i fale dunaju. Brakuje mi tego.

Pamiętam jak mamcia zmarła. Stwierdziłam że muszę przejąć jej obowiązki i zaczęłam piec ciasta. Pamiętam każde uczucie dumy kiedy ciasto mi wyszło. Dużo piekłam. Uwielbiałam to. Tylko potem mi się zepsuł piekarnik no i tak trochę przestałam to robić...

Uwielbiałam sprzątać. W każdą sobotę włączałam na swoim magnetofonie piosenki, tata gdzieś wychodził a ja sprzątałam. To znaczy...um... 70% to taniec wygibaniec z mopem i mój fałsz a reszta to sprzątanie. Nawet naczynia wtedy lubiłam myć!
Teraz też tak jest ale nie robię tego z taką przyjemnością. I nie myję naczyń. Fu.

Leżę na jego ramieniu i po policzku spływa mi łza. Dużo czasu bez leków. Z lekami było lepiej. Teraz to widzę. Moja niestabilność emocjonalna mnie męczy.
Jutro spotkanie z panią Kingą. Nie lubię tych spotkań. Wyciąganie brudów na wierzch nie jest przyjemne. Zwłaszcza, kiedy te brudy są brzydkie, śmierdzące i często zadają ból.

Leżymy. Jest cicho. Po moim policzku spływa łza. Mówiłam to już? Tak, wcześniej. Jest cisza. I nagle nabieram powietrza i mówię "krwawi mi dusza". Zawsze uwielbiałam to określenie. To określenie bardzo określa mnie. Moją osobę. Bo moja dusza często krwawi. Zwłaszcza jeśli mi na czymś bardzo zależy i jeśli coś bardzo mnie boli.
Podnosi głowę i patrząc na mnie pyta o co mi chodzi. "Krwawi mi dusza" powtarzam.

To już 5 lat. Nie wiem czy dłużej mnie nęka choroba psychiczna, czy brak mojej mamy. Myślę, że to pierwsze. To drugie było tylko benzyną dolaną do ognia.

Ale wow. Przecież żyję. Siedzę obok mojego ukochanego, słuchamy Twenty one pilots i...żyję. Może nie tak jak powinnam, nie tak jakbym chciała, ale żyję. Czy jest coś więcej czego powinnam chcieć?
Chyba tak. Chyba żeby to ze mnie wyszło. Wylało się z krwią. Albo żebym tym zwymiotowała. Tym zaburzeniem. Tym, na co biorę leki.

zostaje mi mój Tyler

Używam idoli do przeżycia. Banalnie brzmi, wiem. Brzmi tak samo jak brzmiało, kiedy miałam 12 lat, słuchałam One direction i mówiłam że dzięki nim żyje.
Nie mam zielonego pojęcia, co to wtedy znaczyło. Byłam zakochana w Harry'm i mówiłam że jest mężczyzną mojego życia. Później takowego znalazłam i jest nim mój obecny chłopak. Zniszczyła mnie ta miłość. Nie mówię że nie jest cudowna, bo jest, ale...

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 
Bardzo chciałam się zakochać. Bardzo. To sobie znalazłam na siłę takiego Harry'ego (który przecież niczego sobie) no i wmówiłam sobie, że jak z nim nie będę to się zabiję. Nie śmiejcie się, serio tak myślałam.

Potem znalazłam The Neighbourhood i wygrzebałam gdzieś w internecie Pilotów. Wiecie, początkowo miałam fazę na stressed out, jak chyba każdy, ale jak się zagłębiałam w ich muzykę to wynajdywałam coraz to więcej lepszych perełek.

Nie uwierzycie, ale muzyka bardzo dużo daje. Daje mi przede wszystkim szanse przetrwać.
Kiedy zaczęła się trzecia klasa, to moim wręcz rytuałem było włączanie hometown w drodze do szkoły. Ta piosenka dawała mi jakąś tam wewnętrzną siłę.
Jest pozytywna, o dość skocznej melodii i kiedy jej słucham naprawdę dobrze się czuję.

Jestem tu gdzie jestem. Dlatego że stosowałam wobec siebie tzw. terapię ulubionej piosenki. Mam jedną całą playlistę piosenek. Należą do niej m.in. właśnie hometown, sweater weather oraz cherry wine - Hoziera. Do tego ostatnio można dopisać ostatnio Welshly Arms - Legendary. Bardzo polubiłam tą piosenkę.
Kiedy jestem w domu i czuję się źle, czuję że mam tzw. "doła", biorę świeczkę zapachową (moja fav to zielona herbata) i włączam ulubioną muzykę. Mam też całą kolekcję maseczek. Odświeżają moją buzię, zapobiegają wypryskom i sprawiają że czuję się ładniejsza. Do tego wchodzi jeszcze zrobienie mojej ulubionej herbatki, a moje samopoczucie poprawia się chociażby o 0,0001%, ale zawsze w jakimś stopniu się poprawia.

Wiecie, to jest dobre. Czuję że mi pomaga, ale czuję tak samo jak staje się powoli rutyną.
Muszę znaleźć coś co będzie równie dobre jak to, a będę mogła to stosować na zmianę z moją dobrą muzyką i herbatką. Moje wiersze niestety nie pomagają, a jeszcze przypominają o bólu który czuję. Tak czy siak, niestety, muszę pisać by żyć. Muszę nad tym pomyśleć.

Narazie zostaje mi mój Tyler, Josh i reszta <3
Jesse Rutherford pomaga mi być suką.




Ścierwo.

Chciałabym biegać po łące, w bawełnianej sukience. Malować tam, mieć swoją sztalugę, po której będę mogła chlapać farbą. Grać piosenki na swoim ukulele. Śpiewać, móc śpiewać. W ten sposób, żeby nikt mnie nie oceniał. Nie lubię być oceniana. Nie lubię i nie chcę. Bo nie jestem dziełem na wystawie czy do sprzedania. Nie jestem idealna. Nie chcę być oceniana.
Nie jestem piękna, ale chcę być sobą. Chcę uwolnić się od tego co we mnie siedzi. Bo życie z tym co nas gnębi jest naprawdę ciężkie. 




Wychodzę na dwór, palę e-papierosa. Znów go nie ma. Nie napisał. Albo tylko się po prostu nie odzywa. Umiera pewnie w samotności. Płacze. Chce mnie mieć przy sobie. 
Też go chcę, ale teraz pozostaje mi tylko kupić moje ulubione Carlo Rossi i włączyć moją ulubioną Sweater Weather albo Cherry Wine albo inne ścierwo. Relaksuję się przy świeczce. Nie wchodzę na Facebook'a, nie wchodzę na Twitter'a, tylko patrzę na jej płomień. 
Piosenka przełącza mi się na Cigarettes after sex - Apocalypse. Teraz jeszcze mocniej wpatruję się w płomień świeczki, gdy moje myśli błądzą gdzieś po mojej trumnie i cmentarzu. 

Kiedy jeszcze tu był, myślałam żeby to zrobić. Klęczał nade mną i patrzył oczami rozpaczy, kiedy ja leżałam na łóżku, z zamkniętymi powiekami i rękami złożonymi gdzieś w okolicach mostka. Po moim policzku spływała łza. Przerywam niepewną ciszę mówiąc "Tylko ty byś przyszedł na mój pogrzeb. Siara, nie?".  Wybuchamy śmiechem. A przecież wcześniej było tak poważnie. 

Jedzie do domu oddalonego o 698 mil morskich. Jak zwykle nie chcę puszczać jego ręki, ale jestem do tego zmuszona. Rozpacz. Włączam Oceans i pogrążam się w płaczu. Nic nie zrobiłam, a przecież jutro do szkoły. Jebać. Jutro tylko polski, pewnie znowu mi się upiecze. 

Wchodzę na allegro i wpisuję w wyszukiwarkę: bawełniana biała sukienka. Nie ma nic takiego co chcę. Chyba muszę uszyć ją sama, albo poprosić kogoś żeby mi uszył.

Wkurza mnie. Ciągle go nie ma. A chyba go teraz potrzebuję najbardziej. 

Odzywa się mój messenger. "Co tam?" - pisze przyjaciel. "A nic." - odpisuję, bo chyba daję sobie radę. Już prawie tydzień go nie ma, a ja nadal żyję, więc nie jest tak źle. Jeszcze ta jebana historia. Muszę się przygotować na środę. Będzie mnie pytać. 
Włączam Molly Burch, żeby zahartować swoją wrażliwość. Popijam swoje wino. Co z tego że jest środek tygodnia. Dawniej bym tak nie zrobiła. 

Słońce już powoli zachodzi. Podnoszę swoją rękę do promieni. Jest bardzo estetyczna. Kreski na niej jeszcze bardziej. Lubię rysować. 

Chciałabym mieć już to ukulele. Przynajmniej mogłabym się czymś zająć. Wiersze są odskocznią na chwilę. Czytać nie potrafię. Myśli mi latają po głowie za bardzo. Trochę bardziej niż atomy w gotującej się wodzie. 

Jest już ciemno. Myślę o tym zdarzeniu w sobotę. Co by było moją ostatnią wolą? Chyba żeby mój ukochany pożegnał się ze mną mówiąc dobranoc a nie jakieś inne pierdoły typu "Ania kocham cię, zostań ze mną" czy coś w ten deseń myślę. 
Włączam Mellow Fellow - Dancing i do takowej wesołej melodii układam kolejny wiersz. 

Chcę by mówił mi
dobranoc 
Kiedy spojrzy w 
martwe me powieki
Kiedy swymi zimnych
moich dotknie ust 
Gdy bezwładną moją 
rękę ujmie. 

I gdy spuści kropli kilka
łez zbolałych
łez gorących...
niech dobranoc będzie,
zamiast kocham
wyszeptane 
w głuche moje uszy


Upijam ostatni łyk mojego piwa. Zawsze lubiłam Tyskie. Chyba najlepsze polskie piwo. Żywiec też jest supi.
Myślę o nim za dużo. Jest pierwszą i ostatnią myślą jaką rodzę w swojej głowie. Zamykam oczy i nakrywam się swoją miękką kołdrą. Bardzo ją lubię. Jest naprawdę miękka. 

Boję się. Nie jestem chyba sama w pokoju. 
Zapalone światło nic nie daje, ponieważ moje ciało całe drży ze strachu. Serce przyśpiesza a moje myśli stają się czarniejsze niż czarna dziura. 
Wolałabym żeby był przy mnie. Powiedziałby mi " Kochanie, nie ma się czego bać" tak jak zawsze to robi od razu by było lepiej. Zawsze jest. Całuje mnie w usta, w ramię i mogę spokojnie zasnąć. 
Kocham go. 

Budzi mnie budzik. Bus do szkoły znowu odjechał spóźniony. A w lesie nie ma zasięgu i muszę czekać aż wyjedziemy na otwartą przestrzeń. Tam wschody słońca są zawsze piękne. 
Wchodzę w messenger i piszę do Kacpra. Załatwiam parę spraw, po czym pytam czy chce zobaczyć mój nowy wiersz. Mówi że jest piękny. Podoba mu się. 
"Wszyscy mi to mówią.
Tak się zastanawiam czy jeśli piszę swoje uczucia w tych wierszach, piszę o bólu i cierpieniu, o mojej śmierci... A ludzie mówią mi że "piękne" itd. To czy mój ból jest piękny?
Nie, chyba nie." - piszę. Nie jest. Mój ból nigdy nie był piękny.  I myślę że nie będzie. 

Dzień wolny. Włączam Carmen. Znowu wchodzę na allegro. "Biała bawełniana sukienka." Znowu nic nie ma. Jestem skazana na krawcową. Może się uda. 
Kładę się na łóżku. Carmen cały czas brzmi. Chciałabym umrzeć w kwiatach. Najlepiej jak potrafię. I żeby mój ukochany trzymał mnie za rękę. Ale to tak, jeszcze nie teraz. 
Otwieram oczy i patrzę w sufit. Po chwili znowu je zamykam. 

Chciałabym biegać po łące, w bawełnianej sukience. Malować tam, mieć swoją sztalugę, po której będę mogła chlapać farbą.  Śpiewać i grać piosenki na swoim ukulele.

Ale nie mam ukulele.