nie zasługuję na twoją uwagę.

Nie zasługuję bo jestem nikim. 
Spędziłam trzy dni myśląc w kółko o tym, dlaczego od listopada nie byłam w stanie napisać chociaż jednego wiersza. Chodziłam i cały czas wypytywałam o to osób które tak samo jak ja nie miały o tym pojęcia. Zresztą nie mogły go mieć, bo nikt we mnie nie siedzi i nikt z mojego wnętrza tego nie wyczyta. Po miesiącu nie pisania stwierdziłam że jestem chujową poetką, chujową pisarką i w ogóle to się do niczego nie nadaję. Moja samoocena legła w gruzach i naprawdę, byłam przekonana, że jeżeli przestałam pisać to już koniec. Amen w pacierzu. Na siłę próbowałam pisać. Byłam tak zdesperowana, że byłam w stanie nawet rzucić swojego chłopaka tylko po to, żeby napisać o tym wiersz. Na siłę byłam smutna, na siłę słuchałam smutnych piosenek i sama wpychałam się w najgorsze stany. Płakałam, płakałam, płakałam... i w końcu się poddałam. Stwierdziłam, że to chyba koniec. Że nagle przestałam być poetką. I wiecie, co? Wczoraj napisałam wiersz. Co prawda nie jest jakiś genialny, ale dałam radę. To podsunęło mi wniosek, że nie da się przestać być poetą. Jak się już zaczęło, to się nim jest do końca. Tylko, zastanawia mnie to, jaki czynnik wpływa na to czy piszemy czy nie. Co jest powodem tego, że czasem czujemy że musimy coś napisać, a nawet nie jesteśmy w stanie wyskrobać jednego słowa. To jest tak frustrujące uczucie! Czujesz, jak rozrywa cię od środka i że jeżeli w końcu czegoś z siebie nie wydusisz to cię to zabije. Dlatego tak często wylewamy krew, łzy i palimy fajki. My poeci. I może dlatego nie zasługuję na twoją uwagę. Nie zasługuję, bo jestem poetką. Nie zasługuję, bo jestem nikim. 



Miało być dobrze.

Spojrzałam w niebo. Jest jasno-niebieskie. Na tej błękitnej tafli rysują się pojedyncze, białe baranki. Tak to obłoki. Lubię patrzeć w niebo.

Jest już tu na zawsze. Wrócił. Jest ze mną. I chociaż nawet nie śmiałam o to prosić Boga, to go dostałam. Wcześniej. Lecz ponoszę tego cenę.
Takie jest życie. Nie trzeba było się łudzić, że wszystko będzie dobrze. Że przyjedzie i wszyscy to zaakceptują. Gdyby w życiu było wszystko dobrze, to chyba musiał to by być jakiś chory, zmyślony sen. Na tym właśnie polega życie - na tym, że coś jest zawsze nie tak.
Nadal się za to wszystko obwiniam. Chociaż nawet słowem się nie odezwałam w tej sprawie. Cóż, że nie będę uchylać nikomu szczegółów. Niech sobie tak myślą.

Zbliżają się święta. Bez mamy. Mojej kochanej mamusi. Najukochańszej istoty która wtedy przy mnie była. A ja byłam małym skurwysynem dla niej. Pff, długo mi to z głowy nie wyjdzie.
Byle jakoś przetrwać. Myślę, że dopóki nie założę własnej rodziny, nie poczuję co to święta.
W pamięci mam tylko zarysy świąt z rodzicami. To jak tata zawsze podsadzał mnie abym mogła wsadzić gwiazdkę na choinkę, a z mamcią piekłam ciasta. Zawsze był mazurek i fale dunaju. Brakuje mi tego.

Pamiętam jak mamcia zmarła. Stwierdziłam że muszę przejąć jej obowiązki i zaczęłam piec ciasta. Pamiętam każde uczucie dumy kiedy ciasto mi wyszło. Dużo piekłam. Uwielbiałam to. Tylko potem mi się zepsuł piekarnik no i tak trochę przestałam to robić...

Uwielbiałam sprzątać. W każdą sobotę włączałam na swoim magnetofonie piosenki, tata gdzieś wychodził a ja sprzątałam. To znaczy...um... 70% to taniec wygibaniec z mopem i mój fałsz a reszta to sprzątanie. Nawet naczynia wtedy lubiłam myć!
Teraz też tak jest ale nie robię tego z taką przyjemnością. I nie myję naczyń. Fu.

Leżę na jego ramieniu i po policzku spływa mi łza. Dużo czasu bez leków. Z lekami było lepiej. Teraz to widzę. Moja niestabilność emocjonalna mnie męczy.
Jutro spotkanie z panią Kingą. Nie lubię tych spotkań. Wyciąganie brudów na wierzch nie jest przyjemne. Zwłaszcza, kiedy te brudy są brzydkie, śmierdzące i często zadają ból.

Leżymy. Jest cicho. Po moim policzku spływa łza. Mówiłam to już? Tak, wcześniej. Jest cisza. I nagle nabieram powietrza i mówię "krwawi mi dusza". Zawsze uwielbiałam to określenie. To określenie bardzo określa mnie. Moją osobę. Bo moja dusza często krwawi. Zwłaszcza jeśli mi na czymś bardzo zależy i jeśli coś bardzo mnie boli.
Podnosi głowę i patrząc na mnie pyta o co mi chodzi. "Krwawi mi dusza" powtarzam.

To już 5 lat. Nie wiem czy dłużej mnie nęka choroba psychiczna, czy brak mojej mamy. Myślę, że to pierwsze. To drugie było tylko benzyną dolaną do ognia.

Ale wow. Przecież żyję. Siedzę obok mojego ukochanego, słuchamy Twenty one pilots i...żyję. Może nie tak jak powinnam, nie tak jakbym chciała, ale żyję. Czy jest coś więcej czego powinnam chcieć?
Chyba tak. Chyba żeby to ze mnie wyszło. Wylało się z krwią. Albo żebym tym zwymiotowała. Tym zaburzeniem. Tym, na co biorę leki.

zostaje mi mój Tyler

Używam idoli do przeżycia. Banalnie brzmi, wiem. Brzmi tak samo jak brzmiało, kiedy miałam 12 lat, słuchałam One direction i mówiłam że dzięki nim żyje.
Nie mam zielonego pojęcia, co to wtedy znaczyło. Byłam zakochana w Harry'm i mówiłam że jest mężczyzną mojego życia. Później takowego znalazłam i jest nim mój obecny chłopak. Zniszczyła mnie ta miłość. Nie mówię że nie jest cudowna, bo jest, ale...

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 
Bardzo chciałam się zakochać. Bardzo. To sobie znalazłam na siłę takiego Harry'ego (który przecież niczego sobie) no i wmówiłam sobie, że jak z nim nie będę to się zabiję. Nie śmiejcie się, serio tak myślałam.

Potem znalazłam The Neighbourhood i wygrzebałam gdzieś w internecie Pilotów. Wiecie, początkowo miałam fazę na stressed out, jak chyba każdy, ale jak się zagłębiałam w ich muzykę to wynajdywałam coraz to więcej lepszych perełek.

Nie uwierzycie, ale muzyka bardzo dużo daje. Daje mi przede wszystkim szanse przetrwać.
Kiedy zaczęła się trzecia klasa, to moim wręcz rytuałem było włączanie hometown w drodze do szkoły. Ta piosenka dawała mi jakąś tam wewnętrzną siłę.
Jest pozytywna, o dość skocznej melodii i kiedy jej słucham naprawdę dobrze się czuję.

Jestem tu gdzie jestem. Dlatego że stosowałam wobec siebie tzw. terapię ulubionej piosenki. Mam jedną całą playlistę piosenek. Należą do niej m.in. właśnie hometown, sweater weather oraz cherry wine - Hoziera. Do tego ostatnio można dopisać ostatnio Welshly Arms - Legendary. Bardzo polubiłam tą piosenkę.
Kiedy jestem w domu i czuję się źle, czuję że mam tzw. "doła", biorę świeczkę zapachową (moja fav to zielona herbata) i włączam ulubioną muzykę. Mam też całą kolekcję maseczek. Odświeżają moją buzię, zapobiegają wypryskom i sprawiają że czuję się ładniejsza. Do tego wchodzi jeszcze zrobienie mojej ulubionej herbatki, a moje samopoczucie poprawia się chociażby o 0,0001%, ale zawsze w jakimś stopniu się poprawia.

Wiecie, to jest dobre. Czuję że mi pomaga, ale czuję tak samo jak staje się powoli rutyną.
Muszę znaleźć coś co będzie równie dobre jak to, a będę mogła to stosować na zmianę z moją dobrą muzyką i herbatką. Moje wiersze niestety nie pomagają, a jeszcze przypominają o bólu który czuję. Tak czy siak, niestety, muszę pisać by żyć. Muszę nad tym pomyśleć.

Narazie zostaje mi mój Tyler, Josh i reszta <3
Jesse Rutherford pomaga mi być suką.




Ścierwo.

Chciałabym biegać po łące, w bawełnianej sukience. Malować tam, mieć swoją sztalugę, po której będę mogła chlapać farbą. Grać piosenki na swoim ukulele. Śpiewać, móc śpiewać. W ten sposób, żeby nikt mnie nie oceniał. Nie lubię być oceniana. Nie lubię i nie chcę. Bo nie jestem dziełem na wystawie czy do sprzedania. Nie jestem idealna. Nie chcę być oceniana.
Nie jestem piękna, ale chcę być sobą. Chcę uwolnić się od tego co we mnie siedzi. Bo życie z tym co nas gnębi jest naprawdę ciężkie. 




Wychodzę na dwór, palę e-papierosa. Znów go nie ma. Nie napisał. Albo tylko się po prostu nie odzywa. Umiera pewnie w samotności. Płacze. Chce mnie mieć przy sobie. 
Też go chcę, ale teraz pozostaje mi tylko kupić moje ulubione Carlo Rossi i włączyć moją ulubioną Sweater Weather albo Cherry Wine albo inne ścierwo. Relaksuję się przy świeczce. Nie wchodzę na Facebook'a, nie wchodzę na Twitter'a, tylko patrzę na jej płomień. 
Piosenka przełącza mi się na Cigarettes after sex - Apocalypse. Teraz jeszcze mocniej wpatruję się w płomień świeczki, gdy moje myśli błądzą gdzieś po mojej trumnie i cmentarzu. 

Kiedy jeszcze tu był, myślałam żeby to zrobić. Klęczał nade mną i patrzył oczami rozpaczy, kiedy ja leżałam na łóżku, z zamkniętymi powiekami i rękami złożonymi gdzieś w okolicach mostka. Po moim policzku spływała łza. Przerywam niepewną ciszę mówiąc "Tylko ty byś przyszedł na mój pogrzeb. Siara, nie?".  Wybuchamy śmiechem. A przecież wcześniej było tak poważnie. 

Jedzie do domu oddalonego o 698 mil morskich. Jak zwykle nie chcę puszczać jego ręki, ale jestem do tego zmuszona. Rozpacz. Włączam Oceans i pogrążam się w płaczu. Nic nie zrobiłam, a przecież jutro do szkoły. Jebać. Jutro tylko polski, pewnie znowu mi się upiecze. 

Wchodzę na allegro i wpisuję w wyszukiwarkę: bawełniana biała sukienka. Nie ma nic takiego co chcę. Chyba muszę uszyć ją sama, albo poprosić kogoś żeby mi uszył.

Wkurza mnie. Ciągle go nie ma. A chyba go teraz potrzebuję najbardziej. 

Odzywa się mój messenger. "Co tam?" - pisze przyjaciel. "A nic." - odpisuję, bo chyba daję sobie radę. Już prawie tydzień go nie ma, a ja nadal żyję, więc nie jest tak źle. Jeszcze ta jebana historia. Muszę się przygotować na środę. Będzie mnie pytać. 
Włączam Molly Burch, żeby zahartować swoją wrażliwość. Popijam swoje wino. Co z tego że jest środek tygodnia. Dawniej bym tak nie zrobiła. 

Słońce już powoli zachodzi. Podnoszę swoją rękę do promieni. Jest bardzo estetyczna. Kreski na niej jeszcze bardziej. Lubię rysować. 

Chciałabym mieć już to ukulele. Przynajmniej mogłabym się czymś zająć. Wiersze są odskocznią na chwilę. Czytać nie potrafię. Myśli mi latają po głowie za bardzo. Trochę bardziej niż atomy w gotującej się wodzie. 

Jest już ciemno. Myślę o tym zdarzeniu w sobotę. Co by było moją ostatnią wolą? Chyba żeby mój ukochany pożegnał się ze mną mówiąc dobranoc a nie jakieś inne pierdoły typu "Ania kocham cię, zostań ze mną" czy coś w ten deseń myślę. 
Włączam Mellow Fellow - Dancing i do takowej wesołej melodii układam kolejny wiersz. 

Chcę by mówił mi
dobranoc 
Kiedy spojrzy w 
martwe me powieki
Kiedy swymi zimnych
moich dotknie ust 
Gdy bezwładną moją 
rękę ujmie. 

I gdy spuści kropli kilka
łez zbolałych
łez gorących...
niech dobranoc będzie,
zamiast kocham
wyszeptane 
w głuche moje uszy


Upijam ostatni łyk mojego piwa. Zawsze lubiłam Tyskie. Chyba najlepsze polskie piwo. Żywiec też jest supi.
Myślę o nim za dużo. Jest pierwszą i ostatnią myślą jaką rodzę w swojej głowie. Zamykam oczy i nakrywam się swoją miękką kołdrą. Bardzo ją lubię. Jest naprawdę miękka. 

Boję się. Nie jestem chyba sama w pokoju. 
Zapalone światło nic nie daje, ponieważ moje ciało całe drży ze strachu. Serce przyśpiesza a moje myśli stają się czarniejsze niż czarna dziura. 
Wolałabym żeby był przy mnie. Powiedziałby mi " Kochanie, nie ma się czego bać" tak jak zawsze to robi od razu by było lepiej. Zawsze jest. Całuje mnie w usta, w ramię i mogę spokojnie zasnąć. 
Kocham go. 

Budzi mnie budzik. Bus do szkoły znowu odjechał spóźniony. A w lesie nie ma zasięgu i muszę czekać aż wyjedziemy na otwartą przestrzeń. Tam wschody słońca są zawsze piękne. 
Wchodzę w messenger i piszę do Kacpra. Załatwiam parę spraw, po czym pytam czy chce zobaczyć mój nowy wiersz. Mówi że jest piękny. Podoba mu się. 
"Wszyscy mi to mówią.
Tak się zastanawiam czy jeśli piszę swoje uczucia w tych wierszach, piszę o bólu i cierpieniu, o mojej śmierci... A ludzie mówią mi że "piękne" itd. To czy mój ból jest piękny?
Nie, chyba nie." - piszę. Nie jest. Mój ból nigdy nie był piękny.  I myślę że nie będzie. 

Dzień wolny. Włączam Carmen. Znowu wchodzę na allegro. "Biała bawełniana sukienka." Znowu nic nie ma. Jestem skazana na krawcową. Może się uda. 
Kładę się na łóżku. Carmen cały czas brzmi. Chciałabym umrzeć w kwiatach. Najlepiej jak potrafię. I żeby mój ukochany trzymał mnie za rękę. Ale to tak, jeszcze nie teraz. 
Otwieram oczy i patrzę w sufit. Po chwili znowu je zamykam. 

Chciałabym biegać po łące, w bawełnianej sukience. Malować tam, mieć swoją sztalugę, po której będę mogła chlapać farbą.  Śpiewać i grać piosenki na swoim ukulele.

Ale nie mam ukulele. 



He kill me back to life.

"A może to przeze mnie nie możesz spać każdej nocy? A może Cię uwieram w powieki, zawadzam o poduszkę, łaskoczę? A może odległość to jedno, a czas to drugie, bo w snach mogę być zawsze tak blisko? A może snem Cię rozbieram? Jak nikt nigdy. Całuję. Żeby rozbudzić na sekundę wszystkie Twoje ukryte pragnienia."


Jestem księżniczką nie z tego świata. Bo się zakochałam. Zakochałam się 21 kwietnia, tamtego roku.

Wiecie, miłość ma dla mnie tak duże znaczenie, że nie byłabym w stanie bez niej przetrwać. Cieszę się że istnieje ktoś taki jak mój chłopak. Miłość wniosła dużo do mojego życia. Jego osoba też. 
Wiecie... wkurza mnie. Porządnie mnie wkurza! Tym swoim cwaniakowaniem i kozaczeniem, za wysokim męskim ego czasem. Ale tak prawdę mówiąc to jest uroczą osobą.
Anyway! Miłość jest piękna. Nie można twierdzić, że jest inaczej, jeśli nie trafiło się na właściwą osobę. Jaka to jest właściwa?  Ta którą mam przy sobie. Właściwa osoba to taka, przy której nie czujesz skrępowania, nie czujesz wstydu i potrafisz być sobą. Twoje myślenie ogranicza się do tego, że to właśnie z tą osobą chcesz być do końca swoich dni i nie ważne jaką krzywdę by Ci mogła zrobić (chociaż jeśli Cię kocha to nigdy tego nie zrobi) to i tak ją będziesz kochać. 

Mój związek miał być próbą, testem... a okazał się najlepszą decyzją w moim życiu. On zabija mnie z powrotem do życia.  Wznosi do góry i przybija do ziemi jednocześnie. Chociaż, gdyby się zastanowić to... on, czy tęsknota z nim związana...?
Nie wiem dokładnie jak on się z tym czuje. Z tym że jesteśmy razem i z tym że wyjechał. Nigdy nie pytałam go o efekt motyla.  Gdybym nie poszła do liceum to nasze szanse na bycie razem wynosiły by 0.000001%. Albo mniej niż zero. 

Pytam go: "Jak się czujesz z tym że jesteśmy razem?".
Odpowiada mi: "Czuję się bardzo dobrze, bo wiem że trafiłem na właściwą osobę (...)."
I o tym piszę w całym tym wpisie. Obydwoje czujemy wobec siebie to samo i myślę że odległość jaka nas dzieli wykazała, że nasze uczucie do siebie jest do tego stopnia głębokie, że się nie zmieni.

Przeżyłam z tym człowiekiem (prawie) 1.5 roku. I było to najlepsze półtora roku w moim całym 18-letnim życiu. 

Kolejnym pytaniem jakie mu zadaje to..."opisz mnie jak swoją ukochaną w trzech stwierdzeniach...".
"1. Piękna na zewnątrz i wewnątrz.
2. Mądra i kochająca.
3. Czasem trudna ale warto ją kochać." - mówi. 
To urocze, za kogo on mnie ma. Widzi mnie w barwach, w których ja nigdy nie zobaczę siebie. Tym bardziej że jest daltonistą. Ale kocham to że wysyłam mu zielone serduszko a on chcąc wysłać takie samo wysyła mi żółte. KOCHAM GO CAŁEGO, jego duszę, ciało, charakter i umysł. Kocham wszystko co z nim związane. 





Wypociny princess kaczki.

Minęło już trochę czasu od końca wakacji. Nastała jesień. Ciemna, ponura, zimna jesień. Wypełniona smutkiem i łzami. Żyję bez mojego ukochanego, sama, pośród tego całego bałaganu uczuć jaki we mnie się obecnie znajduje. Dni spędzam na pisaniu poezji, płaczu i wylewaniu łez. I na szkole. W szkole też płaczę, mniej niż kiedy jestem sama, ale już doszło do tego momentu, że nawet w miejscach gdzie widzą mnie wszyscy, nie potrafię ukrywać łez. Cóż, może na tym polega życie? Ale w sumie, nawet jeśli polega to jakie to żałosne, że boimy się przekroczyć próg za którym będą nas srogo oceniać, szydzić z nas, wyśmiewać za naszymi plecami. Jestem w najlepszym liceum w powiecie. Z najwyższym poziomem. Nauki w chuj a jeszcze więcej stresu. Że zawalę, że nie zdążę z terminem, że posiedzę sobie tam jeszcze z rok. Bo mnie do matury nie dopuszczą. I to nie są tylko moje obawy. To są obawy setki ludzi którzy tam razem ze mną chodzą i żyją.
Usiadłam ostatnio na podłodze w korytarzu, który jak zawsze na przerwach był wypchany tysiącem par oczu. Obok mnie siedziały moje przyjaciółki i koledzy z klasy. Popatrzyłam na twarz każdego z nich. Nie znalazłam żadnej prawdziwie uśmiechniętej buzi. No może dwie. Faktycznie.
 Nie słuchałam nikogo dokładnie, ale o moje uszy obijały się słowa "przejebane"; "nie zdam"; "kurwa, nie wiem jak to będzie". I coś we mnie pękło. Schowałam twarz w dłoniach i po prostu się rozpłakałam. Nie wiem dlaczego dokładnie... to chyba przez strach. Nie patrząc nawet na konkretny powód mojego 'rozklejenia się' - zobaczcie co szkoła ze mną zrobiła.



Potrzeba mnie jakiegoś relaksu. Najbardziej przydałoby mi się odcięcie od wszystkiego i zostawienie tego za sobą. Nie wiem, potrzebuje zrobienia czegoś faktycznie dla siebie (chociażby zwiedzenia jebanego muzeum czy cokolwiek....). Ale obecnie znajduję się w sytuacji, gdzie nie mogę od niczego uciec, a po prostu już nie mam siły tego wszystkiego unieść.

Napisałam dzisiaj wiersz. Jestem z niego dumna, bo już dawno nie pisałam nic rymowanego (zwykle moje wiersze są białe). Chciałabym się z tego powodu nim z wami podzielić, tym bardziej że jeszcze nie udostępniałam swojej poetyckiej twórczości na blogu, a nie skromnie powiem, że mam się czym pochwalić.

Tak więc zapraszam was, do ciemnej strony swojej osoby. Jeszcze ciemniejszej niż ta, którą znacie.
Zapraszam was do mojej głowy, gdzie zabijam siebie i innych, gdzie tworzę bezideowe historie, które i tak nigdy nie będą miały miejsca.
Zapraszam was do najbardziej apatycznych myśli jakie kiedykolwiek poznacie.






chciałabym cię połknąć w całości
bezinteresownie zdusić w sobie 
trującą pamięć o Tobie 
która przenika przez moje kości

chciałabym zgnić tu już całkowicie
i wypluć całą swoją duszę 
wyzbyć się myśli że żyć muszę
bo zresztą nie na rękę mi życie 

i gdy o świcie delikatna mgła 
tańczyć będzie 
w sukience białej, cała w obłędzie 
za rękę cię ujmę - do ucha szepnę
i z moim ‘kocham’ nóż w serce Ci wepchnę

i gdy krew z ciebie czerwona tryśnie
czerwona, słodka - jak letnie wiśnie 
z ekstazą chwili, z lekkością tchnienia 
zamknę oczy, przytuli mnie ziemia 



Jak kopiujecie to piszcie via bo chcę być rozpoznawalna. 
Opinię też z radością przyjmę.
Krytyki się nie boję.
Buzi x

Bóg nigdy nie ma nas w dupie.

Cześć! Już dosyć długi czas mnie tutaj nie było. A wiecie dlaczego? Bo staram się spędzać wakacje nie myśląc o całym burdelu który mam w głowie.
Ostatnio wyjechałam nad morze. Już zdążyłam opuścić to miejsce, jednak nie jestem jeszcze w domu - wracam jutro. Na szczęście! Ku mojemu zdziwieniu stęskniłam się za swoim domem. Ale to chyba jednak ze względu na mój pokój. Już nie wygląda tak jak kiedyś i teraz czuję się w nim bardzo dobrze. Ale wracając do tematu morza - odpoczęłam. Czegoś takiego właśnie potrzebowałam. Od zawsze kochałam morze. Morze zawsze równało się dla mnie z duchowym oczyszczeniem. I tym razem się nie zawiodłam. Woda mi pomogła. Spędziłam cudowne pięć dni ze swoim ukochanym i myślę, że dały mi one zapas energii na kolejne trudne dni mojego życia.



Wiecie... no, może jednak nie wiecie. Przechodzę teraz bardzo trudny okres w życiu. Ale zdałam sobie sprawę z jednej rzeczy: Bóg nigdy nie ma nas w dupie. Zawsze znajdą się ludzie i momenty które coś nam uświadomią, które coś pomogą. Zawsze znajdą się osoby które nie zostawią nas na lodzie, które zrobią wszystko abyśmy poczuli się lepiej. I wierzę, że to właśnie za sprawą Boga. Że to Bóg nam to wszystko podsyła. Przechodziłam już wiele kryzysów wiary i nadal je przechodzę, ale nigdy całkiem nie zwątpiłam. Zawsze byłam pewna, że ktoś przy mnie jest. Że jest ktoś u góry, tylko nigdy nie byłam do końca pewna kto. I wierzcie mi, albo nie - ktoś, kiedy wy nie macie sił kierować waszym życiem, przejmuje chwilowo stery i bierze sprawy w swoje ręce. Oczywiście, nigdy nie jest tak że rozwiążą się wszystkie wasze problemy lub wszystko stanie się łatwiejsze, ale wam prościej przyjdzie podjąć decyzję. Wszystko za sprawą takiego Pana co u góry sobie siedzi. Albo nawet obok Ciebie. Tak, w tym momencie.


Wolny czas który spędziłam od końca czerwca dużo mnie nauczył. Doznałam duchowego oczyszczenia, poznałam wielu ludzi i zdałam sobie jeszcze większą sprawę jak różni oni są. I jak trudno czasem wykazać się tolerancją czy akceptacją, ale to jest bardzo ważne by takowe w sobie mieć. By pomimo tego, że poglądy danej osoby różnią się od naszych, zachować swoje zdanie i nie 'najeżdżać' na innych za to że jest inny czy też myśli inaczej. Zresztą, zawsze zostanę przy tym, że gdyby każdy był taki sam to świat byłby dziwny a Bóg też by się znudził, bo nie miałby kogo oceniać. Bo tak, on może ;)

Na koniec dam wam radę - bądźcie szczęśliwi. Ważne by wierzyć w swoje możliwości i nie patrzeć na innych, tylko dążyć do szczęścia. Każdy ma inne patrzenie na świat i dla każdego pojęcie szczęścia jest inne. Dlatego bądźcie mili i życzliwi a myślcie swoje. I dążcie do nirwany. Buziaki ;*