zostaje mi mój Tyler

Używam idoli do przeżycia. Banalnie brzmi, wiem. Brzmi tak samo jak brzmiało, kiedy miałam 12 lat, słuchałam One direction i mówiłam że dzięki nim żyje.
Nie mam zielonego pojęcia, co to wtedy znaczyło. Byłam zakochana w Harry'm i mówiłam że jest mężczyzną mojego życia. Później takowego znalazłam i jest nim mój obecny chłopak. Zniszczyła mnie ta miłość. Nie mówię że nie jest cudowna, bo jest, ale...

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 
Bardzo chciałam się zakochać. Bardzo. To sobie znalazłam na siłę takiego Harry'ego (który przecież niczego sobie) no i wmówiłam sobie, że jak z nim nie będę to się zabiję. Nie śmiejcie się, serio tak myślałam.

Potem znalazłam The Neighbourhood i wygrzebałam gdzieś w internecie Pilotów. Wiecie, początkowo miałam fazę na stressed out, jak chyba każdy, ale jak się zagłębiałam w ich muzykę to wynajdywałam coraz to więcej lepszych perełek.

Nie uwierzycie, ale muzyka bardzo dużo daje. Daje mi przede wszystkim szanse przetrwać.
Kiedy zaczęła się trzecia klasa, to moim wręcz rytuałem było włączanie hometown w drodze do szkoły. Ta piosenka dawała mi jakąś tam wewnętrzną siłę.
Jest pozytywna, o dość skocznej melodii i kiedy jej słucham naprawdę dobrze się czuję.

Jestem tu gdzie jestem. Dlatego że stosowałam wobec siebie tzw. terapię ulubionej piosenki. Mam jedną całą playlistę piosenek. Należą do niej m.in. właśnie hometown, sweater weather oraz cherry wine - Hoziera. Do tego ostatnio można dopisać ostatnio Welshly Arms - Legendary. Bardzo polubiłam tą piosenkę.
Kiedy jestem w domu i czuję się źle, czuję że mam tzw. "doła", biorę świeczkę zapachową (moja fav to zielona herbata) i włączam ulubioną muzykę. Mam też całą kolekcję maseczek. Odświeżają moją buzię, zapobiegają wypryskom i sprawiają że czuję się ładniejsza. Do tego wchodzi jeszcze zrobienie mojej ulubionej herbatki, a moje samopoczucie poprawia się chociażby o 0,0001%, ale zawsze w jakimś stopniu się poprawia.

Wiecie, to jest dobre. Czuję że mi pomaga, ale czuję tak samo jak staje się powoli rutyną.
Muszę znaleźć coś co będzie równie dobre jak to, a będę mogła to stosować na zmianę z moją dobrą muzyką i herbatką. Moje wiersze niestety nie pomagają, a jeszcze przypominają o bólu który czuję. Tak czy siak, niestety, muszę pisać by żyć. Muszę nad tym pomyśleć.

Narazie zostaje mi mój Tyler, Josh i reszta <3
Jesse Rutherford pomaga mi być suką.




Ścierwo.

Chciałabym biegać po łące, w bawełnianej sukience. Malować tam, mieć swoją sztalugę, po której będę mogła chlapać farbą. Grać piosenki na swoim ukulele. Śpiewać, móc śpiewać. W ten sposób, żeby nikt mnie nie oceniał. Nie lubię być oceniana. Nie lubię i nie chcę. Bo nie jestem dziełem na wystawie czy do sprzedania. Nie jestem idealna. Nie chcę być oceniana.
Nie jestem piękna, ale chcę być sobą. Chcę uwolnić się od tego co we mnie siedzi. Bo życie z tym co nas gnębi jest naprawdę ciężkie. 




Wychodzę na dwór, palę e-papierosa. Znów go nie ma. Nie napisał. Albo tylko się po prostu nie odzywa. Umiera pewnie w samotności. Płacze. Chce mnie mieć przy sobie. 
Też go chcę, ale teraz pozostaje mi tylko kupić moje ulubione Carlo Rossi i włączyć moją ulubioną Sweater Weather albo Cherry Wine albo inne ścierwo. Relaksuję się przy świeczce. Nie wchodzę na Facebook'a, nie wchodzę na Twitter'a, tylko patrzę na jej płomień. 
Piosenka przełącza mi się na Cigarettes after sex - Apocalypse. Teraz jeszcze mocniej wpatruję się w płomień świeczki, gdy moje myśli błądzą gdzieś po mojej trumnie i cmentarzu. 

Kiedy jeszcze tu był, myślałam żeby to zrobić. Klęczał nade mną i patrzył oczami rozpaczy, kiedy ja leżałam na łóżku, z zamkniętymi powiekami i rękami złożonymi gdzieś w okolicach mostka. Po moim policzku spływała łza. Przerywam niepewną ciszę mówiąc "Tylko ty byś przyszedł na mój pogrzeb. Siara, nie?".  Wybuchamy śmiechem. A przecież wcześniej było tak poważnie. 

Jedzie do domu oddalonego o 698 mil morskich. Jak zwykle nie chcę puszczać jego ręki, ale jestem do tego zmuszona. Rozpacz. Włączam Oceans i pogrążam się w płaczu. Nic nie zrobiłam, a przecież jutro do szkoły. Jebać. Jutro tylko polski, pewnie znowu mi się upiecze. 

Wchodzę na allegro i wpisuję w wyszukiwarkę: bawełniana biała sukienka. Nie ma nic takiego co chcę. Chyba muszę uszyć ją sama, albo poprosić kogoś żeby mi uszył.

Wkurza mnie. Ciągle go nie ma. A chyba go teraz potrzebuję najbardziej. 

Odzywa się mój messenger. "Co tam?" - pisze przyjaciel. "A nic." - odpisuję, bo chyba daję sobie radę. Już prawie tydzień go nie ma, a ja nadal żyję, więc nie jest tak źle. Jeszcze ta jebana historia. Muszę się przygotować na środę. Będzie mnie pytać. 
Włączam Molly Burch, żeby zahartować swoją wrażliwość. Popijam swoje wino. Co z tego że jest środek tygodnia. Dawniej bym tak nie zrobiła. 

Słońce już powoli zachodzi. Podnoszę swoją rękę do promieni. Jest bardzo estetyczna. Kreski na niej jeszcze bardziej. Lubię rysować. 

Chciałabym mieć już to ukulele. Przynajmniej mogłabym się czymś zająć. Wiersze są odskocznią na chwilę. Czytać nie potrafię. Myśli mi latają po głowie za bardzo. Trochę bardziej niż atomy w gotującej się wodzie. 

Jest już ciemno. Myślę o tym zdarzeniu w sobotę. Co by było moją ostatnią wolą? Chyba żeby mój ukochany pożegnał się ze mną mówiąc dobranoc a nie jakieś inne pierdoły typu "Ania kocham cię, zostań ze mną" czy coś w ten deseń myślę. 
Włączam Mellow Fellow - Dancing i do takowej wesołej melodii układam kolejny wiersz. 

Chcę by mówił mi
dobranoc 
Kiedy spojrzy w 
martwe me powieki
Kiedy swymi zimnych
moich dotknie ust 
Gdy bezwładną moją 
rękę ujmie. 

I gdy spuści kropli kilka
łez zbolałych
łez gorących...
niech dobranoc będzie,
zamiast kocham
wyszeptane 
w głuche moje uszy


Upijam ostatni łyk mojego piwa. Zawsze lubiłam Tyskie. Chyba najlepsze polskie piwo. Żywiec też jest supi.
Myślę o nim za dużo. Jest pierwszą i ostatnią myślą jaką rodzę w swojej głowie. Zamykam oczy i nakrywam się swoją miękką kołdrą. Bardzo ją lubię. Jest naprawdę miękka. 

Boję się. Nie jestem chyba sama w pokoju. 
Zapalone światło nic nie daje, ponieważ moje ciało całe drży ze strachu. Serce przyśpiesza a moje myśli stają się czarniejsze niż czarna dziura. 
Wolałabym żeby był przy mnie. Powiedziałby mi " Kochanie, nie ma się czego bać" tak jak zawsze to robi od razu by było lepiej. Zawsze jest. Całuje mnie w usta, w ramię i mogę spokojnie zasnąć. 
Kocham go. 

Budzi mnie budzik. Bus do szkoły znowu odjechał spóźniony. A w lesie nie ma zasięgu i muszę czekać aż wyjedziemy na otwartą przestrzeń. Tam wschody słońca są zawsze piękne. 
Wchodzę w messenger i piszę do Kacpra. Załatwiam parę spraw, po czym pytam czy chce zobaczyć mój nowy wiersz. Mówi że jest piękny. Podoba mu się. 
"Wszyscy mi to mówią.
Tak się zastanawiam czy jeśli piszę swoje uczucia w tych wierszach, piszę o bólu i cierpieniu, o mojej śmierci... A ludzie mówią mi że "piękne" itd. To czy mój ból jest piękny?
Nie, chyba nie." - piszę. Nie jest. Mój ból nigdy nie był piękny.  I myślę że nie będzie. 

Dzień wolny. Włączam Carmen. Znowu wchodzę na allegro. "Biała bawełniana sukienka." Znowu nic nie ma. Jestem skazana na krawcową. Może się uda. 
Kładę się na łóżku. Carmen cały czas brzmi. Chciałabym umrzeć w kwiatach. Najlepiej jak potrafię. I żeby mój ukochany trzymał mnie za rękę. Ale to tak, jeszcze nie teraz. 
Otwieram oczy i patrzę w sufit. Po chwili znowu je zamykam. 

Chciałabym biegać po łące, w bawełnianej sukience. Malować tam, mieć swoją sztalugę, po której będę mogła chlapać farbą.  Śpiewać i grać piosenki na swoim ukulele.

Ale nie mam ukulele. 



He kill me back to life.

"A może to przeze mnie nie możesz spać każdej nocy? A może Cię uwieram w powieki, zawadzam o poduszkę, łaskoczę? A może odległość to jedno, a czas to drugie, bo w snach mogę być zawsze tak blisko? A może snem Cię rozbieram? Jak nikt nigdy. Całuję. Żeby rozbudzić na sekundę wszystkie Twoje ukryte pragnienia."


Jestem księżniczką nie z tego świata. Bo się zakochałam. Zakochałam się 21 kwietnia, tamtego roku.

Wiecie, miłość ma dla mnie tak duże znaczenie, że nie byłabym w stanie bez niej przetrwać. Cieszę się że istnieje ktoś taki jak mój chłopak. Miłość wniosła dużo do mojego życia. Jego osoba też. 
Wiecie... wkurza mnie. Porządnie mnie wkurza! Tym swoim cwaniakowaniem i kozaczeniem, za wysokim męskim ego czasem. Ale tak prawdę mówiąc to jest uroczą osobą.
Anyway! Miłość jest piękna. Nie można twierdzić, że jest inaczej, jeśli nie trafiło się na właściwą osobę. Jaka to jest właściwa?  Ta którą mam przy sobie. Właściwa osoba to taka, przy której nie czujesz skrępowania, nie czujesz wstydu i potrafisz być sobą. Twoje myślenie ogranicza się do tego, że to właśnie z tą osobą chcesz być do końca swoich dni i nie ważne jaką krzywdę by Ci mogła zrobić (chociaż jeśli Cię kocha to nigdy tego nie zrobi) to i tak ją będziesz kochać. 

Mój związek miał być próbą, testem... a okazał się najlepszą decyzją w moim życiu. On zabija mnie z powrotem do życia.  Wznosi do góry i przybija do ziemi jednocześnie. Chociaż, gdyby się zastanowić to... on, czy tęsknota z nim związana...?
Nie wiem dokładnie jak on się z tym czuje. Z tym że jesteśmy razem i z tym że wyjechał. Nigdy nie pytałam go o efekt motyla.  Gdybym nie poszła do liceum to nasze szanse na bycie razem wynosiły by 0.000001%. Albo mniej niż zero. 

Pytam go: "Jak się czujesz z tym że jesteśmy razem?".
Odpowiada mi: "Czuję się bardzo dobrze, bo wiem że trafiłem na właściwą osobę (...)."
I o tym piszę w całym tym wpisie. Obydwoje czujemy wobec siebie to samo i myślę że odległość jaka nas dzieli wykazała, że nasze uczucie do siebie jest do tego stopnia głębokie, że się nie zmieni.

Przeżyłam z tym człowiekiem (prawie) 1.5 roku. I było to najlepsze półtora roku w moim całym 18-letnim życiu. 

Kolejnym pytaniem jakie mu zadaje to..."opisz mnie jak swoją ukochaną w trzech stwierdzeniach...".
"1. Piękna na zewnątrz i wewnątrz.
2. Mądra i kochająca.
3. Czasem trudna ale warto ją kochać." - mówi. 
To urocze, za kogo on mnie ma. Widzi mnie w barwach, w których ja nigdy nie zobaczę siebie. Tym bardziej że jest daltonistą. Ale kocham to że wysyłam mu zielone serduszko a on chcąc wysłać takie samo wysyła mi żółte. KOCHAM GO CAŁEGO, jego duszę, ciało, charakter i umysł. Kocham wszystko co z nim związane. 





Wypociny princess kaczki.

Minęło już trochę czasu od końca wakacji. Nastała jesień. Ciemna, ponura, zimna jesień. Wypełniona smutkiem i łzami. Żyję bez mojego ukochanego, sama, pośród tego całego bałaganu uczuć jaki we mnie się obecnie znajduje. Dni spędzam na pisaniu poezji, płaczu i wylewaniu łez. I na szkole. W szkole też płaczę, mniej niż kiedy jestem sama, ale już doszło do tego momentu, że nawet w miejscach gdzie widzą mnie wszyscy, nie potrafię ukrywać łez. Cóż, może na tym polega życie? Ale w sumie, nawet jeśli polega to jakie to żałosne, że boimy się przekroczyć próg za którym będą nas srogo oceniać, szydzić z nas, wyśmiewać za naszymi plecami. Jestem w najlepszym liceum w powiecie. Z najwyższym poziomem. Nauki w chuj a jeszcze więcej stresu. Że zawalę, że nie zdążę z terminem, że posiedzę sobie tam jeszcze z rok. Bo mnie do matury nie dopuszczą. I to nie są tylko moje obawy. To są obawy setki ludzi którzy tam razem ze mną chodzą i żyją.
Usiadłam ostatnio na podłodze w korytarzu, który jak zawsze na przerwach był wypchany tysiącem par oczu. Obok mnie siedziały moje przyjaciółki i koledzy z klasy. Popatrzyłam na twarz każdego z nich. Nie znalazłam żadnej prawdziwie uśmiechniętej buzi. No może dwie. Faktycznie.
 Nie słuchałam nikogo dokładnie, ale o moje uszy obijały się słowa "przejebane"; "nie zdam"; "kurwa, nie wiem jak to będzie". I coś we mnie pękło. Schowałam twarz w dłoniach i po prostu się rozpłakałam. Nie wiem dlaczego dokładnie... to chyba przez strach. Nie patrząc nawet na konkretny powód mojego 'rozklejenia się' - zobaczcie co szkoła ze mną zrobiła.



Potrzeba mnie jakiegoś relaksu. Najbardziej przydałoby mi się odcięcie od wszystkiego i zostawienie tego za sobą. Nie wiem, potrzebuje zrobienia czegoś faktycznie dla siebie (chociażby zwiedzenia jebanego muzeum czy cokolwiek....). Ale obecnie znajduję się w sytuacji, gdzie nie mogę od niczego uciec, a po prostu już nie mam siły tego wszystkiego unieść.

Napisałam dzisiaj wiersz. Jestem z niego dumna, bo już dawno nie pisałam nic rymowanego (zwykle moje wiersze są białe). Chciałabym się z tego powodu nim z wami podzielić, tym bardziej że jeszcze nie udostępniałam swojej poetyckiej twórczości na blogu, a nie skromnie powiem, że mam się czym pochwalić.

Tak więc zapraszam was, do ciemnej strony swojej osoby. Jeszcze ciemniejszej niż ta, którą znacie.
Zapraszam was do mojej głowy, gdzie zabijam siebie i innych, gdzie tworzę bezideowe historie, które i tak nigdy nie będą miały miejsca.
Zapraszam was do najbardziej apatycznych myśli jakie kiedykolwiek poznacie.






chciałabym cię połknąć w całości
bezinteresownie zdusić w sobie 
trującą pamięć o Tobie 
która przenika przez moje kości

chciałabym zgnić tu już całkowicie
i wypluć całą swoją duszę 
wyzbyć się myśli że żyć muszę
bo zresztą nie na rękę mi życie 

i gdy o świcie delikatna mgła 
tańczyć będzie 
w sukience białej, cała w obłędzie 
za rękę cię ujmę - do ucha szepnę
i z moim ‘kocham’ nóż w serce Ci wepchnę

i gdy krew z ciebie czerwona tryśnie
czerwona, słodka - jak letnie wiśnie 
z ekstazą chwili, z lekkością tchnienia 
zamknę oczy, przytuli mnie ziemia 



Jak kopiujecie to piszcie via bo chcę być rozpoznawalna. 
Opinię też z radością przyjmę.
Krytyki się nie boję.
Buzi x

Bóg nigdy nie ma nas w dupie.

Cześć! Już dosyć długi czas mnie tutaj nie było. A wiecie dlaczego? Bo staram się spędzać wakacje nie myśląc o całym burdelu który mam w głowie.
Ostatnio wyjechałam nad morze. Już zdążyłam opuścić to miejsce, jednak nie jestem jeszcze w domu - wracam jutro. Na szczęście! Ku mojemu zdziwieniu stęskniłam się za swoim domem. Ale to chyba jednak ze względu na mój pokój. Już nie wygląda tak jak kiedyś i teraz czuję się w nim bardzo dobrze. Ale wracając do tematu morza - odpoczęłam. Czegoś takiego właśnie potrzebowałam. Od zawsze kochałam morze. Morze zawsze równało się dla mnie z duchowym oczyszczeniem. I tym razem się nie zawiodłam. Woda mi pomogła. Spędziłam cudowne pięć dni ze swoim ukochanym i myślę, że dały mi one zapas energii na kolejne trudne dni mojego życia.



Wiecie... no, może jednak nie wiecie. Przechodzę teraz bardzo trudny okres w życiu. Ale zdałam sobie sprawę z jednej rzeczy: Bóg nigdy nie ma nas w dupie. Zawsze znajdą się ludzie i momenty które coś nam uświadomią, które coś pomogą. Zawsze znajdą się osoby które nie zostawią nas na lodzie, które zrobią wszystko abyśmy poczuli się lepiej. I wierzę, że to właśnie za sprawą Boga. Że to Bóg nam to wszystko podsyła. Przechodziłam już wiele kryzysów wiary i nadal je przechodzę, ale nigdy całkiem nie zwątpiłam. Zawsze byłam pewna, że ktoś przy mnie jest. Że jest ktoś u góry, tylko nigdy nie byłam do końca pewna kto. I wierzcie mi, albo nie - ktoś, kiedy wy nie macie sił kierować waszym życiem, przejmuje chwilowo stery i bierze sprawy w swoje ręce. Oczywiście, nigdy nie jest tak że rozwiążą się wszystkie wasze problemy lub wszystko stanie się łatwiejsze, ale wam prościej przyjdzie podjąć decyzję. Wszystko za sprawą takiego Pana co u góry sobie siedzi. Albo nawet obok Ciebie. Tak, w tym momencie.


Wolny czas który spędziłam od końca czerwca dużo mnie nauczył. Doznałam duchowego oczyszczenia, poznałam wielu ludzi i zdałam sobie jeszcze większą sprawę jak różni oni są. I jak trudno czasem wykazać się tolerancją czy akceptacją, ale to jest bardzo ważne by takowe w sobie mieć. By pomimo tego, że poglądy danej osoby różnią się od naszych, zachować swoje zdanie i nie 'najeżdżać' na innych za to że jest inny czy też myśli inaczej. Zresztą, zawsze zostanę przy tym, że gdyby każdy był taki sam to świat byłby dziwny a Bóg też by się znudził, bo nie miałby kogo oceniać. Bo tak, on może ;)

Na koniec dam wam radę - bądźcie szczęśliwi. Ważne by wierzyć w swoje możliwości i nie patrzeć na innych, tylko dążyć do szczęścia. Każdy ma inne patrzenie na świat i dla każdego pojęcie szczęścia jest inne. Dlatego bądźcie mili i życzliwi a myślcie swoje. I dążcie do nirwany. Buziaki ;*

Kim jestem?

Kim jestem? Jestem... szarą jednostką, jak wszyscy, wdychającą i wydychającą powietrze. Dla jednych nie znaczącą nic, dla drugich znaczącą wszystko. Jestem... artystką. Poetką. Jednostką wybitną. Ale nie wybitniejszą niż inni. Bo kim jesteśmy wszyscy wobec Boga. Jesteśmy równi. Niezależnie od majątku, wykształcenia, talentów i umiejętności. Niezależnie od stanu. Polityk, sędzia czy zwykła kwiaciarka? Wszyscy skończymy tak samo. 

Kim jestem? Jestem... kochającą córką. Troskliwą kochanką. Wrażliwą siostrą. Wesołą koleżanką. Osobą płaczącą po nocach. Jestem... uczennicą. Użytkowniczką tego świata. Osamotnioną duszą. Chorą psychicznie, potrzebującą pomocy wariatką. Miłośniczką natury. 



Wiecie, dzisiaj mnie oświeciło. Zadałam mojemu chłopakowi pytanie: "Kto jest twoim autorytetem?" i sama zaczęłam się nad tym pytaniem zastanawiać. Doszłam do wniosku, że ja nie mam autorytetu. Jestem autorytetem sama dla siebie i może to trochę narcystyczne, ale w końcu osiągnęłam swój cel. Jestem oryginalna, na nikim się nie wzoruję, jestem kimś kogo jeszcze na świecie nie było. Jestem nie powtarzalna. A za tą rzeczą idzie zaś druga rzecz. To jedno z moich marzeń. A jest nim bycie dla kogoś autorytetem. A może już jestem? Tylko chciałabym, aby nikt nie mylił tego, ze zwykłym kopiowaniem mojej osoby. Co się często zdarza. Moim pragnieniem jest, aby ktoś kiedyś podszedł do mnie i powiedział mi "jesteś moją inspiracją". Wiecie, jak dobre by to dla mnie było? 

Kim jestem? Rok temu, na moje 17 urodziny zorganizowałam urodzinowe przyjęcie. Moja przyjaciółka Ola podarowała mi naszyjnik z koroną i powiedziała: "kiedyś mówiłaś, że jesteś księżniczką, więc oto twoja korona". Ale czy nią faktycznie jestem? I czy zasługuje na to miano?


Kim chciałabym być? Bardziej cierpliwą? Mniej raniącą innych? Wytrzymalszą? Silniejszą? Lepszą w szkole? Lepszą, w ogóle? I czy w ogóle chciałabym jeszcze kimś być? Czy chciałabym być lepiej, bardziej i mocniej niż jestem? 


Kim jestem? Człowiekiem? Osobą znającą dno? Dziewczyną, która poznała już wzdłuż i wszerz tęsknotę? Dziewczyną, która ma już swwoje ulubione, ciemne drogi w piekle? Młodą, kochającą kobietą? Melomanką? Pisarką? Bytem? Tworzywem Boga?



A ty, kim jesteś...?


Każdy koralik jest inny.


"Nie możesz wszystkich uszczę
śliwić. Nie jesteś słoikiem Nutelli. "

Wiesz... Z nerwów rozerwałam dzisiaj swój ulubiony naszyjnik i rozsypałam na podłogę koraliki. Moje wszystkie kolorowe koraliki. I przypomniało mi się, jak pół roku temu, w podobny sposób rozsypałam cały sens życia i wszystkie chęci do niego... I tak patrzę się na te koraliki, jak one spadają i odbijają się od podłogi i tak sobie myślę, że ja też się tak odbijam. Upadam i znów jestem w górze, i tak w kółko. A to odbijanie się, to napędza moje życie. Moje upadki są dla mnie nauczką. Każdy upadek jest inny i uczy czegoś nowego. I wiesz, dziwne że to powiem, ale każdy upadek który pamiętam był dobry i nigdy się więcej nie powtórzy. Popatrz, one mają różne kolory. Każdy koralik jest inny. O ten ma na przykład inny kształt niż reszta, a tamten zaś jest niebieski, a inne są zielone, czerwone, różowe i brązowe. I ten niebieski to ja. Wiesz, bo ja jestem niebieska. Niebieska jak morze albo jak ocean, niebieska jak niebo, niebieska jak twoje oczy, o, i jak twoja koszulka. I te inne koraliki, to inni ludzie, wiesz? Każdy z nich jest piękny i jedyny w swoim rodzaju. I ja też taka jestem! I pomimo, że te wszystkie koraliki się różnią kolorem i kształtem też, to przecież wszystkie są koralikami, noszą taką samą nazwę i tworzą razem coś pięknego - naszyjnik. I tak jest też ludźmi. Jesteśmy tylko jednostkami wypełnionymi tlenem i samemu nic nie znaczymy, ale w grupie, razem tworzymy coś pięknego, całość! Nie na darmo tyle nas jest na tym świecie. Wszystko ma swój powód, trzeba o tym nie zapominać. I pomimo, że niektóre koraliki mogą mieć nie pasujące do siebie kolory albo kształt, to są one po to, abyś właśnie ty zrozumiał, że nie wszyscy są dla siebie stworzeni. Te nie pasujące do siebie koraliki mogą z innymi koralikami stworzyć dwa, osobne najpiękniejsze naszyjniki świata. Z ludźmi jest tak samo, wystarczy to zrozumieć. To nic trudnego a właśnie między innymi na tym polega ludzka egzystencja. Nie da się wszystkich na raz zadowolić, bo jest nas po prostu zbyt dużo. Ale jeżeli będziemy robić coś co będzie podobać się nam i naszym przyjaciołom, to powinno być dla nas jak najbardziej satysfakcjonujące. I powinno być to wskaźnikiem do tego, że to co robimy i to kim jesteśmy jest naprawdę dobre.